TENIS

niedziela, 11 maja 2014

 

foto: By Carine06 (Flickr: Kei Nishikori) [CC-BY-SA-2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

 

W sporcie kochamy dramaty. Lubimy podnoszenie się z kolan, przekraczanie barier, niesamowite zwroty akcji. Niekiedy jednak dramaty nie mają ludzkiej twarzy. Ten dzisiejszy był obrazem japońskiego tenisisty Keia Nishikoriego.

75 minut pasjonującej gry Nishikoriego nie zwiastowało katastrofy, która nawiedziła go parę minut później. Japończyk kontrolował spotkanie, przezwyciężał nie tylko legendę tenisa, grającego u siebie Rafaela Nadala, ale także samego siebie. Szokując tenisowy świat, przy dezaprobacie madryckiej publiczności gładko wygrał pierwszego seta 6:2.

Niby nic nadzwyczajnego – zawodnicy skazywani na pożarcie często urywają faworytom seta, do pewnego momentu grając „nadtenis". Z Nishikorim było inaczej. W turnieju Madryckim grał znakomicie. Przez całe spotkanie udowadniał swoją dominację nad 13-krotnym zwycięzcą turniejów Wielkoszlemowych.

Do momentu X.

Ów X to chwila w której prowadzącego Keia nawiedziła kontuzja. Japończyk do końca wierzył, że hamująca go lewa noga wróci do sprawności i pozwoli mu jeszcze powalczyć, ale tracił gem za gemem. Dojmowało jak dreptał bezradnie, na twarzy gromadząc ból i niedowierzanie jednocześnie.

Nishikori poległ, bo wszystkie argumenty, których użył się skończyły. Ale nie z samego meczu, a z zachowania po nim płynie dobra lekcja dla tenisistów sfrustrowanych, zdołowanych do grupy których zdaje się zaliczać ostatnio Jerzy Janowicz. Choć pewnie bolało go jak cholera, że losy meczu tak się potoczyły, pamiętał gwizdy hiszpańskiej publiczności sprzed parunastu minut a i ze świadomością zmitrężonej szansy jeszcze się nie pogodził, to jednak poziom refleksji, wniosków i pokory zaimponował mi. Z uśmiechem na twarzy powiedział widzom, że Hiszpania to jego drugi dom, przeprosił za kontuzje i pogratulował Nadalowi zwycięstwa. Z oczu łatwo było wyczytać przykrość i zdołowanie – jako wielki sportowiec postanowił jednak podnieść głowę do góry, zresetować to trudne wydarzenie i sięgnąć w przyszłość. Zrobił coś, czego Jerzyk nie był w stanie po ostatnich porażkach – obwinił za ten stan siebie i tylko siebie, a przecież kontuzja nie wybiera.

Niezależnie od przegranego finału, ze względu na fantastyczną postawę w Hiszpanii, Nishikori wchodzi do czołowej 10-tki tenisistów świata. To miejsce, o którym tak marzy Jerzy Janowicz, dwór mentalnych zwycięzców pozbawionych złości na cały świat dookoła. Swą klasą tenisista z Kraju Kwitnącej Wiśni porwał i mnie – będę mu kibicował na Roland Garros. Oczywiście zaraz za Rogerem Federerem – innym z wielkich dżentelmenów. A Jerzyk? Niech bierze przykład, nie tylko z walorów sportowych. 

środa, 15 maja 2013

- Oglądałem Janowicza, bardzo mi się podobał, ale w starciu z Jo-Wilfriedem Tsongą daję mu tylko 10 proc. szans na zwycięstwo - mówił przed meczem II rundy turnieju ATP w Rzymie komentator Eurosportu Witold Domański. Nie przytaczam jego wypowiedzi, by nazwać go durniem - jeszcze kilka godzin temu pod zdaniem pana Witolda podpisałbym się obiema rękoma. 

Bo przecież domniemywać można, że młody i ze świetnym serwisem, zadziorny i z zabójczym forehandem, ale na fizycznie idealnego, taktycznie wzorowego Tsongę nie miało prawa to wystarczyć. Nie miało? A jednak! Polak po raz kolejny udowodnił, że jego żadne prawa na korcie nie obowiązują. Jak czuje się skrzywdzony, to krzyczy i kłóci się z sędziami. Jak gwiżdżą na niego to podkręca atmosferę i robi im na złość przy okazji świetnie się bawiąc. Wreszcie jak ma przegrywać, wygrywa.

Janowicz to przypadek niecodzienny. Mimo młodego wieku, na tenisowe realia to zawodnik o kapitalnie wyćwiczonych elementach kortowego rzemiosła. Serwis opanowany niemal do perfekcji, znakomity forehand i nierozszyfrowany jeszcze przez rywali drop shot. Dystans jaki dzieli go do ścisłej czołówki jest wciąż spory ponieważ Polak nie potrafi jeszcze grać równo. Zagrania bajeczne, pokazywane po wielokroć w powtórkach przeplata serią nieudanych smeczów czy skrótów. Co gorsza, proste błędy przytrafiają się Jerzykowi w najważniejszych momentach spotkań. Ale za to właśnie jest uwielbiany. Funduje kibicom dramat  powodowany nonszalancją, by za chwilę czterema asami w 30 sekund zakończyć gema. I oni wiedzą, że Janowicz robi to dla nich i pod nich.  Nie zawsze daje to końcowy efekt, ale dziś w meczu z ósmą rakietą świata zadziałało.

 

Ze spotkania na spotkanie Łodzianin rozwija swoje umiejętności, uczy się nowych zagrań. Jeśli tempo jego rozwoju utrzymywać się będzie na podobnym poziomie, powinien w ciągu kilkunastu miesięcy znaleźć się w czołowej dziesiątce rankingu światowego. Musimy jednak pamiętać, że mecze w wykonaniu Jurka nie będą kopią  wzorowych spektakli Novaka Djokovicia i Rogera Federera. Nie znajdą w sobie też polotu jak u Gaela Monfilsa.  Wyznaczą za to nową, cenioną przez widownię jakość. Z Polski. 

Zakładki:
Tagi