Kategorie: Wszystkie | BOKS | KOLARSTWO | KOSZYKÓWKA | O mnie | PIŁKA NOŻNA | SIATKÓWKA | SPORTY ZIMOWE | TENIS
RSS

PIŁKA NOŻNA

czwartek, 03 kwietnia 2014

fot: Peter F./ https://www.flickr.com/photos/peterfuchs/5674737749/in/photostream/

 

O różnicach w dzisiejszym futbolu decydują niuanse. Wysublimowane do granic możliwości rozwiązania taktyczne promują futbol drużynowy, niwelując wartość jednostki. Tym cenniejsi więc są ci, którzy w tej drużynowej matematyce skorzy są do robienia czegoś nadto. W Dortmundzie ta wartość dodana to Marco Reus i Robert Lewandowski.

Uwielbialiśmy patrzeć na zeszłoroczne popisy Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów. Choć skazywana na porażkę, stawiała czoła największym. Naprzeciw gwiazd wysuwała machinę zgraną, budowaną świadomie, atrakcyjną dla oka. Twór kompletny, który stawiał Jurgena Kloppa do rankingu największych trenerskich objawień.

I nie dziwota. Wszystkie mikroelementy, które łączyły się w drużynę-giganta, finalistę Ligi Mistrzów i głównego jej faworyta Niemiec stworzył własnymi rękami, od podstaw. Za relatywnie małe pieniądze sprowadził do Dortmundu graczy, którzy w trzy sezony stali się futbolistami europejskiej klasy. Nie indywidualnej, lecz zespołowej, wspartej pojedynczymi przykładami gwiazd kompletnych, takich jak Robert Lewandowski, czy Marco Reus.

Monolit budowany bardzo mozolnie ale i konsekwentnie. Imponujący – ale co było wiadomo od bardzo dawna – bez zaplecza. Wystarczył brak któregoś z elementów układanki, a ta momentalnie kładła się jak Jenga. Obserwowaliśmy to wyraźnie w Bundeslidze. Nie sprzedaż zawodników powodowała zadyszkę Dortmundczyków – tych oddawanych jak Mario Gotze czy Shinji Kagawa, niemiecki trener potrafił zastępować Gundoganem czy Reusem. Problemem jego układanki była i jest plaga kontuzji połączona z „urodzajem" niedoświadczonych zmienników.

Gładkie 3:0 Realu jest zaskoczeniem? Nie, bo tam gdzie Schmelzer dośrodkowywałby w lewym sektorze wprost na głowę Lewandowskiego, Durm nawet nie zdołał się zapędzić. W miejscu gdzie Sven Bender przeciąłby prostopadłe podania sunące do Ronaldo i Bale'a, Nuri Sahin bał się podejmować decyzje. W sektorach boiska gdzie rządzi Robert Lewandowski, ściąga na siebie 2-3 rywali, błyskotliwie oddaje piłkę Marco Reusowi, dziś z konieczności był Aubameyang. Pierre Emerick, którego głównym i chyba jedynym w porównaniu do Lewandowskiego atutem jest szybkość. W momentach kluczowych, kiedy wystarczyło odpowiednio przyłożyć stopę do futbolówki, bezładnie plątał się we własnych nogach. Zamiast zagrażać bramce rywala, szybko dał argument jego obrońcom do odprężenia się.
Borussia na Santiago Bernabeu miała sporo sytuacji bramkowych. Naprawdę. O ich niepowodzeniach zdecydowały detale. Ułamek sekundy później podejmowana decyzja, zagranie z przyjęciem piłki, niepotrzebny zwód. Wszystko to, co złożyło się na dzisiejszą porażkę, a czego nie było w ubiegłym roku wynikało właśnie z niekompletnego czynnika zastępczego. Ale czynnika na tyle istotnego, że determinującego rezultat.

Padło słowo mikroelementy. Dzisiejszy brak podań, płynności, zaufania, pomyślunku, zgrania i polotu to właśnie deficyt mikro. Ale brakowało tego też co w BVB jest makro. Tercetu Gundogan – Reus – Lewandowski. Każdy z wymienionych na boisku bez drugiego i trzeciego traci wiele ze swojej znakomitości. Można więc wyobrazić sobie ile możliwości kreacji wraz z absencjami wymienionych zabrakło w grze Marco Reusa. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie że tamta, zeszłoroczna Borussia miałaby szanse oczekiwać rewanżu w dużo lepszych nastrojach.

Gdybanie jednak nie ma za wielkiego sensu. BVB na tle Realu wyglądała dzisiaj jak amator w kapciach na lodowisku otoczony zawodowymi łyżwiarzami. Jeśli więc Klopp zostanie w Borussii, czeka go najtrudniejsze zadanie: restrukturyzacja tworu, który jeszcze niedawno był symbolem wielkości a dziś ślizga się nieporadnie nawet w starciach z Hamburgerem SV. Po dzisiejszym dniu trener ma ułatwione zadanie – wie, że Schieberem, Friedrichem, Durmem, a nawet Aubameyangiem i osamotnionym Reusem - wyników nie da się oszukać. 

piątek, 15 listopada 2013

Licencja Creative Commons 

photo by: woodleywonderworks

 

Śledzicie Radka Matusiaka na Weszło? Nie? To zacznijcie. Ilekroć czytam dziennikarzy, tylekroć mam wrażenie że ilu ich jest, tyle teorii na temat piłki nożnej. Dziennikarstwo sportowe jest trochę jak bycie prezenterem pogody. Wchodzisz do studia, pokazujesz na ekranie słoneczne prognozy po czym następnego dnia łapiesz się na tym, że lał deszcz a nie piekło słońce. Strój kąpielowy i olejek do opalania musisz zamienić na płaszcz i gumofilce...

Z pisaniem i mówieniem o sporcie jest podobnie. Choć historie są chwytliwe i często gotowi jesteśmy przyjmować je za głos rozsądku, bywają niezasadne. Bo redaktorzy domniemają: „Lewandowski nie strzela, bo nie może się porozumieć z Błaszczykowskim". „Zdaje się, że w kadrze tworzą się grupki podzielone na piłkarzy XYZ i ABC". „Waldemar Fornalik nie ma wpływu na drużynę, brak mu charakteru. Z tego powodu drużyna przegrywa". Tak – pisanie tezy pod osiągane w danym momencie wyniki. Gdyby kadra Fornalika wygrywała, napisaliby że „łagodny i przyjazny charakter szkoleniowca wyciszył i wyzwolił w drużynie pierwiastek zwycięzców". Nic prostszego. A ileż szlachetne! Znaleźć wytłumaczenie dla klęsk i zwycięstw.

Dlaczego podaję przykład kadry i co z tym wszystkim ma wspólnego Matusiak? Bo o reprezentacji za rzadko mówią i piszą ci, którzy wewnętrznie jej dotknęli. Ci, którzy wiedzą ile i jak rozgrywa się w głowach i mentalności. Mentalności, to słowo klucz – oręże sukcesów Leo Benhakkera a później i jego klęski.

Ale wróćmy do dziennikarzy. Rok temu po meczu z Anglią Roman Kołtoń wysyłał arie pochwalne pod adresem Fornalika. Mówił, że drużyna, która zremisowała z Synami Albionu, to twór trenera i jego wizja. Jasne. Wszystko byłoby okej, ale ten sam Kołtoń, po wpadce w Mołdawii pisał „Fornalik mydli oczy", po blamażu eliminacyjnym „Fornalik musi odejść". Fornalik, który miał mieć wizję i nadać zespołowi charakteru. Wreszcie ten, któremu kilkanaście tygodniu później tak namacalnie nie poszło. I nie jest to żaden przytyk, broń Boże! Zwyczajnie tłumaczył sobie Roman Kołtoń rzeczywistość na tyle, na ile mogła to zrobić osoba z zewnątrz. Dopóki jednak on, Borek, Pol czy Rudzki nie będą mieli wstępu do szatni, dopóty ten istotny element piłkarskiej rozgrywki dziennikarze sprowadzą do wniosków opartych o bezpośrednie cyferki. Matusiak, Kowalczyk i wielu innych wiedzieli jak wielką różnicę czyni odprawa, gest, niejednokrotnie zachowanie selekcjonera. 

Kołtoń jest tylko symbolem. Dziennikarzem, któremu płacą za to, że porozmawia o sporcie, sformułuje wnioski (nie zawsze słuszne) i je przedstawi. Weźmy pod lupę trwające zgrupowanie kadry pod wodzą nowego trenera. Marcin Feddek, komentator TME – zdarzało mu się relacjonować mecze Górnika Zabrze. Powinien świetnie znać metodykę pracy nowego selekcjonera. Tymczasem na zgrupowaniu konsternacja: „Jestem zbudowany, duża intensywność", „Trener zwraca uwagę na to jak ważne jest pierwsze podanie". Zdziwienie Feddka tym dobitniej pokazuje, jak wiele elementów może osoby niebędące bezpośrednio w kręgu zainteresowanych zaskoczyć. Oto znany z twardych treningów Nawałka aplikuje podopiecznym trudniejsze zajęcia niż mogliśmy się spodziewać. A jednak! Czemu więc nie sądzić, że determinacja i zdecydowanie Zbigniewa Bońka, by Nawałkę przywilejem selekcjonera obdarować, nie wynika z ich wspólnych doświadczeń z boiska i szatni? Że mimo nacisków na opcję zagraniczną, to Nawałka zdaniem prezesa ma w rękawie nie tylko asa, który urzeka Feddka i jemu podobnych, a całą talię Jokerów na zbliżające się Eliminacje Euro?

Obejrzałem wnikliwie dziesiątki wywiadów udzielonych przez Kubę Błaszczykowskiego. Ostatnio ten najświeższy Roberta Błońskiego ze sport.pl. Po niektórych pytaniach( w tym przypadku również) nasz kapitan uśmiechał się, wydaje się, z politowaniem. Sprawiał wrażenie zapytanego o coś, co zdaje mu się oczywiste, ale wyjawienie tej oczywistości wiązałoby się ze żmudnym tłumaczeniem procesów z szatni, z zamkniętych obiadów, odpraw. Dlatego tezy stawiane przez dziennikarzy są przy jego wiedzy absurdalne. A wiedza typowego Matusiaka bezcenna. On bowiem poczuł atmosferę kadry za zamkniętymi drzwiami. Mierzył się z presją podobną tej, którą mają obecni kadrowicze. Pisząc, że Benhakker był świetnym trenerem, nie mówi o taktyce czy osiąganych wynikach. Zwraca uwagę na zaufanie i szacunek – coś czego osoba trzecia nie jest w stanie poczuć, a co czasem bardziej niż umiejętności rzutować może na końcowy sukces.

Kiedyś ktoś napisał, że dziennikarstwo sportowe to wróżenie z fusów. Dlatego niezmiernie się cieszę, kiedy Łapiński, Węgrzyn, Wieszczycki, Żewłakow i inni którzy uprawiali ten sport na szczeblu dla nas nieosiągalnym, łapią za mikrofony i klawiatury by ten uśmiech politowania Błaszczykowskiego nam wyjaśnić. Bo prędzej on niźli dziennikarze, mogą mówić, czy zachowanie Nawałki robi na kadrowiczach dobre, czy złe wrażenie. 

piątek, 11 października 2013

photo by || UggBoyUggGirl  

Licence: Licencja Creative Commons 2.0

Do meczu z Ukrainą pozostało kilka godzin. Możemy zaryzykować, że o spotkaniu powiedziano już wszystko. Piłkarze zwyczajowo - w klimacie jak przed EURO z Czechami, czy przed spotkaniem ze Słowacją 4 lata temu. Zwyczajowo, czyli nijako. Sami zobaczcie:

Waldemar Sobota: "Wciąż wszystko jest możliwe". A ja się pytam dlaczego jest możliwe? Skąd w Tobie Waldku tyle przekonania, że będzie dobrze? Bo wstajesz od miesiąca rano i czujesz wstyd za kadrę? Bo siedząc w Belgii gryzie Cię, że zawiodłeś kraj? Że koledzy robią to notorycznie od ponad pięciu lat? Nie masz tak, że jako adept stażem, imponujący nonszalancją i brakiem respektu dla rywala zawodnik wchodzisz do szatni „z drzwiami” wykrzykując, że przeciwnika trzeba zgnieść i roznieść w pył? W klubie potrafiłeś, w kadrze nie wypada?

Maciej Rybus: „Trzeba wierzyć w awans”. Świetnie Maćku. To tekst klepany jak mantra. Wierzyłem w chłopców Engela w Korei, wierzyłem po łotewskiej wpadce na EURO 2004. Dałem wiarę - po fantastycznym sezonie w Legii dźwigniesz lewe skrzydło za kadencji Smudy. Na próżno. Dziś to co mówisz odbieram jako puste próchno.

 

Błaszczykowski: „Cały czas wierzę w drużynę.” Serca Ci kapitanie odmówić nie można. Atutów lidera również. Gole w Czarnogórze i przeciwko Mołdawii właśnie ten cień szansy pozostawiają. Ale to Ty pisałeś na twitterze po upokarzającej porażce z Ukrainą „Po trzy punkty do Kiszyniowa”. Ty recenzowałeś zachowanie Obraniaka po meczu w Podgoricy jako nieodpowiedzialne by później krytykować dziennikarzy za zbyt surową pod jego adresem ocenę.

Nie mówiliście jak drużyna, haniebnie kłócąc się o bilety po przegranym Euro. Nie sprawiacie wrażenia drużyny teraz, choć na Placu Defilad wzruszeni obiecywaliście co innego. A przecież kto lepiej niż Jakub Błaszczykowski pamięta drużynę spełnianych marzeń, obietnic i pragnień? Drużynę paradoksalną – złożoną z zawodników bez gwiazd, często odtwarzających role ogonów ławki rezerwowych w klubach. Pamiętasz przeskakiwanie niemożliwego: Portugalii i Serbii dwukrotnie? Przezwyciężanie kazachskich kryzysów? Drużynę przez duże D, która uzbierała nie 19 a 28 punktów na koniec eliminacji? Dzisiaj jako kapitan masz prawo takie jak ja do patetycznych uniesień. Do przypomnienia chłopakom po co właściwie do Charkowa polecieliście.

 

Trafnie zauważył Drodzy Kadrowicze Marek Citko: Gracie z Anglią i Ukrainą a nie Argentyną i Brazylią. Jeszcze celniej, w klimacie mojej notki do Waszej postawy odnosi się Jacek Bąk: „Najbardziej brakuje mi "jaj" i boiskowej wyrazistości. Kiedy grałem w Katarze, odliczałem dni do zgrupowania kadry (…). Byliśmy jak rodzina, zjeżdżaliśmy się i było powitanie. Żadnych iPodów czy PlayStation”

 

I trudno się z byłymi reprezentantami nie zgodzić. Dziś żaden z Was nie ma odwagi powiedzieć, że doping w domu to piknik i kpina. Że Wam to przeszkadza i nie przynosi dwunastego na murawie. Że gwizdali na Lewego i kibicowali San Marino.  A może interesuje Was już tylko zysk, a sentymenty odłożyliście wraz z końcem ery Kałużnego, Bąka, Krzyżówka? Dzisiaj nawet nie wynikiem, a postawą możecie udowodnić, że wypisuję bzdury. Tak niewiele a jednak tak wiele. Nadzieja na przyszłość.



PS. Ani razu nie padło nazwisko selekcjonera. Tam na murawie to będzie już tylko Wasza sprawa - 11 reprezentantów kraju.

środa, 31 lipca 2013

fot. genvessel/Creative Commons Attribution 2.0 Generic license

fot:  genvessel/Creative Commons Attribution 2.0 Generic license

 

Valdes, Jordi Alba, Pique, Puyol, Affelay, Fabregas, Bousquets, Iniesta, Mascherano, Pedro – m.in. tych zawodników zabrakło w Gdańsku podczas meczu Lechia - Barcelona. Najwyraźniej organizator przedsięwzięcia wyszedł z założenia, że 75 minut spacerku w wykonaniu Messiego będzie wystarczyło do zapełnienia stadionu. I wystarczyło. Co może być smutnym bilansem, jeśli spojrzymy na to ilu widzów przybywa średnio na mecze Ekstraklasy w Gdańsku - trzy razy mniej względem meczu z FCB. A szkoda, bo garnitur który przysłała do Gdańska Barcelona, przy zaangażowaniu prezentowanym przeciw Lechii, nie wyróżnia się na tle Podbeskidzia, Korony czy Wisły niczym.


Ale nie zauważono tego podczas transmisji telewizyjnej - mydliła po raz kolejny oczy kibicom telewizja TVP. Co bardziej złośliwi twierdzą, że nie ma już sportowej transmisji, której by nie spieprzyła publiczna. Mówisz masz - Igrzyska Olimpijskie, Skoki Narciarskie, a na dniach spartaczona ciężka praca Czesława Langa przy Tour de Pologne. Tutaj też się nie popisali – całe studio nawijali o Barcelonie, brak chociaż wzmianki o Lechii. Czas pokazał, że nie było się czym podniecać, bo potentat wykpił sobie „Super mecz" – Messi truchtał, Tello odpoczywał a Neymar mimo ochoczych gestów w stronę trenera, dostał na debiut 10 minut.

Super mecz tak? Pierwszy skład Dumy Katalonii wedle rodzajowych wycen portalu transfermarkt wart jest ok. 460 mln euro. Ten, jak twierdzono „najsilniejszy", który wybiegł w Gdańsku ponad połowę mniej, bo 217 mln – choć i on wydaje mi się lekko zabawny. Ten sam Montoya, który dziś odbił się od Grzelczaka i pozwolił mu trafić pierwszy raz od dwunastu tygodni, wyceniany jest na bagatela 10 mln. euro. Może w Gdańsku zwyczajnie mu się nie chciało?

 

***

 

Słowo jeszcze o tych, dla których to wydarzenie na pewno było wielką odskocznią od codziennego ligowego koryta. Piłkarze Biało – zielonych zagrali ambitnie, na miarę własnych możliwości, dając w co bardziej młodzieżowych przypadkach argumenty do rozważań na temat ich zagranicznej kariery. Taki Przemysław Frankowski, choć poza boiskiem bardzo nieśmiały, odpowiadający na pytania dziennikarzy jednym wyrazem, na boisku kwitnie. Nie ma chyba w jego i jemu podobnych wieku nic bardziej edukacyjnego niż mecz przeciwko wielkiej nazwie, na oczach milionów ludzi przed telewizorami i nareszcie okazałą publiką na stadionie. Jeśli Probierz będzie tak skutecznie ich prowadził, jak z ławki wymachiwał rękami to może wyjść z nich zdolne pokolenie. Nawet tak dobre jak ta Barcelona B, która na murawę PGE Areny sprowadziła 41 tys. fanów swej gry. 

 

EDIT: Nie wiem skąd Barcelona wytrzasnęła nazwiska piłkarzy Lechii, ale trzeba przyznać, że redaktorzy strony musieli mieć niezły stuff.


czwartek, 18 lipca 2013

foto by: Eric the Fish

licencja: Creative Commons  

Upadlali się Legioniści w pierwszej połowie niemiłosiernie. Swą przygodę w europejskich pucharach zaczęli tragicznymi 45 minutami. Minutami, w których bramkę strzelił im Ryan Fraughan – najlepszy zawodnik poprzedniego sezonu Welsch Premier League.

Gotów więc byłem zwątpić w polską ligę ostatecznie tym silniej, kiedy patrzyłem jak świetnie z Legionistami radę dawali sobie walijscy amatorzy. Na szczęście druga połowa uspokoiła, tchnęła nadzieję, że nie jest tragicznie i pozwoliła obronić tezę  - Jan Urban zna swój zespół. I potrafi nim dyrygować. 

Spotkanie przeciwko Walijczykom nie da nam odpowiedzi, jak daleko Legia jest od szczytu formy. Pozwala jednak wyciągnąć parę wniosków, nie tylko tych sportowych. Postanowiłem obdzielić środowisko plusami i minusami. Zobaczcie sami:

 

PLUSY:

- Marcin Żewłakow. Tak! Wcale nie powariowałem, ale pierwszym, który mi zaimponował dzisiaj to były piłkarz, napastnik m.in. APOELu czy GKS-u Bełchatów. Zazwyczaj jest tak, że jak za komentowanie/bycie ekspertem/ wypowiadanie, zabiera się piłkarz, to słyszymy długie jednostajne yyyyyy i masę błędów językowych. Tutaj specjalne ukłony w kierunku pana Tomka Kłosa, którego jak szanuję i lubię, tak słuchać za mikrofonem nie mogę!  I choć Żewłakow też wielkim mówcą nie jest, co do trafności spostrzeżeń nie można mieć wielu zastrzeżeń. Imponuje mi nie tylko jego przygotowanie (godziny spędzone na wyszukiwaniu ciekawostek), ale co najważniejsze i rzadko spotykane – umiejętność przełożenia posiadanej wiedzy piłkarskiej na grunt komentatorski. Najlepszy jak do tej pory, bijący na głowę a słuchalnych trenerów Ulatowskiego i Engela, ekspert TVP który jeszcze idealnie pasuje do wieczorów Ligi Mistrzów – sam w niej występował, wymieniał podania z Helio Pinto, strzelił gola Chelsea w fazie grupowej, tak przecież w Warszawie upragnionej.

Marek SaganowskiJak wino. Im starszy tym lepszy. Nie złamał go kiedyś makabryczny wypadek, nie zastopowały poważne problemy zdrowotne, więc teraz nie zatrzymuje go nic. Mimo 35 lat biega jak młody Kosecki z tą różnicą, że jest bardziej przydatny zespołowi i skuteczniejszy. Tak z czystej sympatii, życzyłbym sobie, by Saganowski wstrząsnął w tym sezonie Ekstraklasą i Champions League. A skoro jesteśmy na gruncie tych elitarnych rozgrywek, nie zapominajmy, że „Sagan” również w fazie grupowej gola strzelił.

Michał Kucharczyk – Zmienił Radovicia, chwilę później strzelił gola. Biegał bardzo szybko, dryblował jeszcze skuteczniej. Po dwóch mniej udanych sezonach może puka do drzwi o nazwie pierwszy skład? Jeśli chce podbijać futbolowy świat – a mówi, że chce, to czas najwyższy. Ma 22 lata. Chociaż patrząc na Sagana…

Jan Urban – Nigdy nie wierzyłem w niego bardziej niż w Skorżę. Ale chyba nie tylko ja go nie doceniam. Skorża mistrzostwa nie zdobył, Urban tak. W dodatku zrobił coś, czego młodszy trener nie umiał – bez wahania stawia na młodzież. W przerwie meczu z New Saints wstrząsnął zespołem i dokonał bardzo istotnych roszad w składzie. Chciałbym go w końcu prawdziwie docenić! Ale zrobię to tylko wtedy, gdy  udanie wprowadzi Legię w europejskie puchary, niekoniecznie Champions League.

MINUSY:

Helio Pinto – kolejność nieprzypadkowa. Zawiódł mnie najbardziej. Dla mnie począwszy od transferu do Legii ma markę zawodnika, który dotarł do Ćwierćfinału LM. I tak jak od Jerzego Janowicza będę wymagał przeskakiwania rywali w turniejach ATP, tak w Portugalczyku chcę widzieć prawdziwego playmakera. W środę grał jakby nie tylko przeciw Walijczykom, ale również wbrew własnej drużynie. Pałętał się pod nogami Dvalishviliego. A to zawodnikowi tej klasy nie przystoi – bo nawet w późniejszych rundach jak mu nie wyjdzie, nie napiszemy, że zjadła go presja…

Dusan Kuciak – Dusana lubię bardzo. Z sympatii pozasportowej. Standard Liege wykładał grube pieniądze za jego kontrakt, ale Słowak nie zgodził się na transfer z powodów osobistych. I choć nie wnikam – lubię takie decyzje, pozwalają uwierzyć, że futbol to nie tylko kasa. W środę jednak bramki chronił mało efektywnie. Puścił okropnego babola, nie potrafił dobrze skomunikować się z Wawrzyniakiem, a przecież przyzwyczaił do tego, że po Janku Musze godnie obsadził słupki bramki Mistrzów Polski. Oby nie musiał jak Majdan 8 lat temu płakać, że zawalił Ligę Mistrzów. Tego by mu nie wybaczono.

Jakub Wawrzyniak – zawinił wraz z Kuciakiem przy bramce dla rywali. Widziałem w nim prawdziwego klasowego lewego obrońcę na 10 miesięcy przed Euro 2012. Od tamtego czasu, skutecznie mnie przekonuje, że tak nie jest. Za dużo głupich strat, za mało zdecydowania, a przecież potrafi.

Jakub Kosecki – Od wypożyczenia do Lechii był na stałej wznoszącej. Ostatnio jednak krytykowany i to wcale nie bezpodstawnie. Nieudane dryblingi, groźne straty piłki, za mało wykorzystywania atutu szybkości. A przeciwnicy z ligi amatorskiej póki co… Obrazu całości nie zmieni nawet bardzo ładna bramka.

Tyle na dziś, nietypowo, bardziej w luźnej konwencji. Mam nadzieję, że z Legią w pucharach nie będzie jak z Reprezentacją Polski na Euro – nie będzie grała jednej dobrej połowy. W przeciwnym wypadku skończy podobnie.

 
1 , 2
Zakładki:
Tagi