BOKS

wtorek, 20 maja 2014

fot: via Wikimedia Commons

Zmarł Zbigniew Pietrzykowski, zdaniem wielu najlepszy polski bokser amatorski w historii. Obdarzony świetnymi warunkami fizycznymi, dobrym zasięgiem ramion i przede wszystkim pokorą - towarem deficytowym wśród dzisiejszych pięściarzy.

Pytany o swoje osiągnięcia jako pierwsze wymieniał szacunek dla swoich rywali, dopiero później indywidualne sukcesy. W mojej pamięci właśnie tak zostanie zapamiętany - skromny, wyważony, spełniony. Świetnie całą sylwetkę Pietrzykowskiego opisuje dokument Trans World Sport z 2010 roku:

Na liście swoich osiągnięć sportowych, Pietrzykowski zapisał 4-krotne Mistrzostwo Europy, 3 medale olimpijskie, 11 Mistrzostw Polski. Na zawsze aktualnym pozostanie obraz nokautu z 1956 r.  na 2-krotnym już wówczas Mistrzu Olimpijskim, Węgrze Laszlo Pappie.  

- "Nigdy nie zszedłem poniżej określonego poziomu, nigdy nie musiałem się wstydzić swoich bokserskich umiejętności. Słowem, szczycę się przede wszystkim tym, że w ciągu osiemnastu lat potrafiłem utrzymać wysoką, równą formę" - mawiał już po zakończeniu kariery.

W całej karierze przegrał tylko 15 walk. Tę ostatnią wczoraj, po ciężkiej chorobie. Żył 80 lat.

niedziela, 16 marca 2014

foto: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/73/Adamek_and_Klitschko.jpg

 

 

Ilekroć patrzę na wywiady których udziela Tomasz Adamek przypomina mi się fragment skeczu Piotra Bałtroczyka. "Nuda, nostalgia, pociąg do Trzebini". Zamieniłbym tylko końcówkę "Nuda, nostalgia, słowa Adamka"

 "Jeśli Bóg da, zwyciężę", "jestem wojownikiem", "najważniejsze, że jestem zdrowy", "chcę być Mistrzem świata", "skoro Roger mówi X, trzeba ten X wypełniać", "jestem jak wino, im starszy tym lepszy"

 

I tak w kółko. Zdarta, zacięta płyta, wywiadów oglądać wcale nie trzeba, bo Tomek non stop powtarza to samo. Niezależnie od przeciwnika, dyspozycji, samopoczucia, kondycji psychicznej. 

TO SAMO. Tylko efekt sportowy jakby skromniejszy.

Nie zrozumcie mnie źle - to jeszcze nie powód by się czepiać - nie zawsze kwiecista mowa, piękne porównania, analityczne do granic możliwości wypowiedzi idą w parze z sukcesami pomiędzy linami. Ba! Andrzej Gołota miewał momenty, kiedy nie potrafił wydobyć z siebie jednego zdania złożonego, po czym odprawiał z kwitkiem zawodników pokroju Corrie Sandersa czy Tima Witherspoona, a cały pięściarski świat chrzcił go najlepszym ciężkim późnych lat 90.Krzysiu Włodarczyk nie umie wypowiedzieć poprawnie dublowanego wielokrotnie (tak myślę) zdania w reklamie Wojaka, a tłucze na terenie rywali w walkach o najważniejszy pas wagi cruiser Danny'ego Greena i Rachima Czakijewa.

Idąc za przykładami z całą pewnością warto stwierdzić: wypowiedzi boksera z Gilowic nie muszą być miernikiem aktualnej jego formy. Są za to dobitnym przykładem mentalności zagubionego boksera. Nie europejskiego, słynącego z lewego prostego  pod pieczą Andrzeja Gmitruka, a lawirującego pomiędzy zaufaniem i zwątpieniem dla trenera obcego. A taki stan - sami przyznacie - na formę Adamka pośrednio może wpływać. 

I wpływa. Widzicie to Wy, Ja, Saleta i każdy kto zasiada by o 4 rano zobaczyć w akcji polskiego ciężkiego. Kwestią sporną jest tylko, kiedy tak naprawdę Góral zatracił pazur. Jedni twierdzą(w tym ja), że po przejściu do ciężkiej walki z przeciętnymi Estradą, Maddalone, McBridem nie zakończone nokautami uwidoczniły przepaść nie do przeskoczenia dla Adamka między cruiser a heavy. 

Drudzy przy pojedynku z Witalijem Kliczką - niemiłosiernie obity Polak według zwolenników tej teorii właśnie po walce z Ukraińcem stracił mnóstwo zdrowia a wraz z nim  witalność znaną jeszcze z bojów prowadzonych w poprzedniej dekadzie. 

Co do słuszności swojej teorii przekonywać nie zamierzam, pewnie będzie ku temu okazja. Faktem niezaprzeczalnym jest, że Tomek to pięściarz gorszy, mniej efektowny i mniej pewny niż cztery lata temu. Wypowiedzi z dzisiaj pokroju "jestem jak wino, im starszy tym lepszy" oraz "gdyby mój boks był gorszy, Roger by mi powiedział" są punktem do rozważań:

a) czy Tomek jest świadomy tego, że zmiana stylu w ostatnich latach to regres a nie progres?

b) na ile ciągła praca z Bloodworthem to wyraz zaufania, na ile kalkulacji? A może braku świadomości?

c) czy Tomek jest w stanie realnie zmierzyć się z faktem, że z Władimirem Kliczką w dyspozycji prezentowanej STALE przez ostatnie lata, oraz z taktyką preferowaną przez obecnego trenera, nie ma prawa wygrać?

d) ile spustoszenia w głowie rozważnego przecież do 2011 roku pięściarza wprowadziły ciosy z walk z "ciężkimi"?

e) czy wie, że kiedyś był Góralem nokautującym i posyłającym na deski, a dziś jest Góralem któremu potrzeba przychylności sędziów w walkach z Chambersem i Cunninghamem?

Pytania można mnożyć. Odpowiedzi coraz trudniej znaleźć a czas pędzi nieubłaganie. Niestety każda kolejna walka daje coraz więcej znaków zapytania.  Tylko Góral jakiś zaprogramowany, przekonany o słuszności słów w które już chyba nikt poza nim nie wierzy. Moim zdaniem odpłynął, choć wygrana w starym, dobrym stylu z Głazkowem pozwoli zasiać ziarno niepewności. Oby.

02:43, wierzycastg , BOKS
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 października 2013

'

photo by moedermens on Flickr

Licencja Creative Commons

Zasadniczo blogując tutaj nie wstukuję nic o bzdurach. Zasadniczo to w ogóle bardzo dobre słowo - zasadniczo oglądam walki bokserskie, zasadniczo widzę bokserów i zasadniczo wydaje mi się to wszystko sportem. Dzisiaj nic nie miało zasad. Patrzyłem jak dwoje zwierząt gryzło siebie nawzajem, wynaturzone kąsanie przerywając jedynie wulgarnymi obelgami w swoim kierunku.

Zimnoch vs Binkowski. Mało w tym było boksu. 30 letni nazwijmy to umownie prospekt wagi ciężkiej mierzył się z 38 letnim emigrantem, który zamiary bycia pięściarzem porzucił dobre 6 lat temu. Mierzył się to może nieodpowiednie wyrażenie, wolę użyć życzeniowego „starał się", choć i to ciężko stwierdzić. Sam przebieg jak i werdykt pojedynku nie są naprawdę istotne. Bohaterowie swe role odegrali w spektaklu pozasportowym.

Transmisję tej dintojry przeprowadziła otwarta stacja Polsatu. Jakby poziom żenady był zbyt niski do zabawy włączył się trzeci samiec. . Bywalec telewizji śniadaniowych, osoba ostatnio nad wyraz publiczna, 180 tys. fanów na facebooku w tym dzieci i chłopcy zaczynający przygodę z boksem dla których jest wzorem. Któż taki?
Szpilka! Konkretniej Artur Szpilka! Przyodziany w elegancką koszulę zaprezentował zachowanie dalekie od standardów elegancji. Nie jest tajemnicą, że Krzysztofa Zimnocha nie lubi. Przed ich niedoszłym pojedynkiem na konferencji prasowej gali Saleta – Gołota obaj skoczyli sobie do gardeł. Szpilka mówił wtedy:

Obiecałem trenerowi, że to się już więcej nie powtórzy. Jest mi przykro, że tak się stało, żałuję tego i tyle.

Wniosków nie wyciągnął żadnych. Dziś do Kopalni Soli w Wieliczce przyjechał bynajmniej nie zwiedzać. Pchając się w kierunku Zimnocha(miałby wcześniej okazję pokazać swój heroizm w ringu, ale zdezerterował po ciężkim boju z Mollo) imitował ohydne gesty w pobliżu swojego krocza. Sprośne i tak straszliwie upokarzające. A pomyśleć, że w obronie autorytetu Papy Stamma wyzywał kiedyś do ringu Mateusza Masternaka. Pshaw! Kilometr poniżej klasy Felixa Stamma.
I choć zachowania Szpilki, Zimnocha i im podobne powinniśmy marginalizować, ja dziś celowo poświęcam im więcej uwagi. Nie minął bowiem tydzień od innego skandalicznego wydarzenia, którego stężenie kiczu próbuje się maskować szlachetną ideą boksu. Zresztą mówi się, że papier wszystko przyjmie. Ja tej błazenady nie będę komentował, ona laurkę wystawia sobie sama...


Powiedzcie zatem szczerze, czy nie ku wymarciu zmierza ta piękna dyscyplina? Walki o pasy mistrzowskie często nie są transmitowane w ogólnodostępnych stacjach a pięściarze pokroju Łukasza Rusiewicza muszą brać przeciwników z marszu, nierzadko w odstępie trzech tygodni by zarobić na chleb. Na drugim biegunie clowny odstawiają teatr, powymachują bezkształtnie łapami i dostaną dziesięć razy tyle co tamci.

Są jakiekolwiek pieniądze warte tego syfu? 

niedziela, 24 lutego 2013

Pytany przeze mnie kilkanaście dni temu o przebieg walki Gołota vs Saleta Dariusz Michalczewski odpowiadał z nieskrywaną nonszalancją w głosie, że będzie to festyn, ale festyn dwóch dobrze przygotowanych bokserów. I o ile z drugim stwierdzeniem możemy się zgodzić, o tyle to pierwsze, choć wydawało się głosem rozsądku, okazało się strzałem kulą w płot.

Końcówka trójmiejskiej gali stała się bowiem widowiskiem nietuzinkowym. Zaskoczeniem na plus 45- latków był niemal każdy aspekt, poczynając od mobilizacji sportowej, poprzez tempo wymian, kombinacje ciosów, na przygotowaniu fizycznym kończąc. Niemal, ponieważ znów zawiodła mityczna już w polskim boksie psychika Andrzeja Gołoty. Gdyby Endrju podczas liczenia wstał, stężenie dramaturgii biłoby na głowę każdą walkę wagi ciężkiej, którą udało się w kraju nad Wisłą na przestrzeni ostatniej dekady wyprodukować. I choć zabrakło oczekiwanego rozbratu Andrzeja z własnymi demonami(wcześniej padał podobnie z Grantem, Brewsterem i Tysonem), to po tak szokującym obrazie nie może zabraknąć wniosków.

 

Pierwszy? Wszyscy, którzy nie doceniali klasy sportowej Przemka Salety winni bić się w pierś i puszczać sobie jego pojedynek z Gołotą jako dowód na to, że można godnie kończyć karierę w kulminacyjnym jej momencie.  

 Drugi? Powinni wstydzić się promotorzy i organizatorzy gal w Polsce, których walki wieczoru  promują niby prospektów, a tak naprawdę napompowanych rekordami "mistrzów"(Andrzej Wawrzyk, Dawid Kostecki) pasków nieznanych, którzy biją kelnerów reklamowanych jako super przeciwnicy. W Gdańsku w wykonaniu Salety i Gołoty widzieliśmy prawdziwy sport, dramaturgię i serce, a nie kalkulację, biznes i wątpliwy poziom sportowy.

 Trzeci? Niech fani sportu pokażą mi człowieka znanego powszechnie na naszym polskim podwórku, który wykonał większy progres w tak późnym stadium swojej kariery niż Przemek Saleta? No słucham? Oglądałem dokładnie walki z McCallem, Luanem Krasniqi, czy te w formule MMA z Najmanem. W tamtych potyczkach Saleta nawet nie zbliżył się do klasy, przygotowania i umiejętności prezentowanych przeciwko Gołocie. Autentycznie nie widzę nikogo, kto na przekór upływającemu czasowi, mógłby szczycić się lepszym przykładem sportowego renesansu.

 

By nie piać z zachwytu nad zwycięzcą stawiam między nim a przegranym wspólny mianownik.  Wielka klasa pozaringowa Przemysława Salety i wciąż mimo upływu lat ogromny problem z psychiką Andrzeja Gołoty, nie powinny przechylać szali sympatii na stronę tego pierwszego. Warto jednak by zdeterminowały decyzje o końcu karier obu zasłużonych, ale wymagających już odpoczynku sportowców. Dla dobra ich samych.

 

Zakładki:
Tagi