środa, 31 lipca 2013

fot. genvessel/Creative Commons Attribution 2.0 Generic license

fot:  genvessel/Creative Commons Attribution 2.0 Generic license

 

Valdes, Jordi Alba, Pique, Puyol, Affelay, Fabregas, Bousquets, Iniesta, Mascherano, Pedro – m.in. tych zawodników zabrakło w Gdańsku podczas meczu Lechia - Barcelona. Najwyraźniej organizator przedsięwzięcia wyszedł z założenia, że 75 minut spacerku w wykonaniu Messiego będzie wystarczyło do zapełnienia stadionu. I wystarczyło. Co może być smutnym bilansem, jeśli spojrzymy na to ilu widzów przybywa średnio na mecze Ekstraklasy w Gdańsku - trzy razy mniej względem meczu z FCB. A szkoda, bo garnitur który przysłała do Gdańska Barcelona, przy zaangażowaniu prezentowanym przeciw Lechii, nie wyróżnia się na tle Podbeskidzia, Korony czy Wisły niczym.


Ale nie zauważono tego podczas transmisji telewizyjnej - mydliła po raz kolejny oczy kibicom telewizja TVP. Co bardziej złośliwi twierdzą, że nie ma już sportowej transmisji, której by nie spieprzyła publiczna. Mówisz masz - Igrzyska Olimpijskie, Skoki Narciarskie, a na dniach spartaczona ciężka praca Czesława Langa przy Tour de Pologne. Tutaj też się nie popisali – całe studio nawijali o Barcelonie, brak chociaż wzmianki o Lechii. Czas pokazał, że nie było się czym podniecać, bo potentat wykpił sobie „Super mecz" – Messi truchtał, Tello odpoczywał a Neymar mimo ochoczych gestów w stronę trenera, dostał na debiut 10 minut.

Super mecz tak? Pierwszy skład Dumy Katalonii wedle rodzajowych wycen portalu transfermarkt wart jest ok. 460 mln euro. Ten, jak twierdzono „najsilniejszy", który wybiegł w Gdańsku ponad połowę mniej, bo 217 mln – choć i on wydaje mi się lekko zabawny. Ten sam Montoya, który dziś odbił się od Grzelczaka i pozwolił mu trafić pierwszy raz od dwunastu tygodni, wyceniany jest na bagatela 10 mln. euro. Może w Gdańsku zwyczajnie mu się nie chciało?

 

***

 

Słowo jeszcze o tych, dla których to wydarzenie na pewno było wielką odskocznią od codziennego ligowego koryta. Piłkarze Biało – zielonych zagrali ambitnie, na miarę własnych możliwości, dając w co bardziej młodzieżowych przypadkach argumenty do rozważań na temat ich zagranicznej kariery. Taki Przemysław Frankowski, choć poza boiskiem bardzo nieśmiały, odpowiadający na pytania dziennikarzy jednym wyrazem, na boisku kwitnie. Nie ma chyba w jego i jemu podobnych wieku nic bardziej edukacyjnego niż mecz przeciwko wielkiej nazwie, na oczach milionów ludzi przed telewizorami i nareszcie okazałą publiką na stadionie. Jeśli Probierz będzie tak skutecznie ich prowadził, jak z ławki wymachiwał rękami to może wyjść z nich zdolne pokolenie. Nawet tak dobre jak ta Barcelona B, która na murawę PGE Areny sprowadziła 41 tys. fanów swej gry. 

 

EDIT: Nie wiem skąd Barcelona wytrzasnęła nazwiska piłkarzy Lechii, ale trzeba przyznać, że redaktorzy strony musieli mieć niezły stuff.


czwartek, 18 lipca 2013

foto by: Eric the Fish

licencja: Creative Commons  

Upadlali się Legioniści w pierwszej połowie niemiłosiernie. Swą przygodę w europejskich pucharach zaczęli tragicznymi 45 minutami. Minutami, w których bramkę strzelił im Ryan Fraughan – najlepszy zawodnik poprzedniego sezonu Welsch Premier League.

Gotów więc byłem zwątpić w polską ligę ostatecznie tym silniej, kiedy patrzyłem jak świetnie z Legionistami radę dawali sobie walijscy amatorzy. Na szczęście druga połowa uspokoiła, tchnęła nadzieję, że nie jest tragicznie i pozwoliła obronić tezę  - Jan Urban zna swój zespół. I potrafi nim dyrygować. 

Spotkanie przeciwko Walijczykom nie da nam odpowiedzi, jak daleko Legia jest od szczytu formy. Pozwala jednak wyciągnąć parę wniosków, nie tylko tych sportowych. Postanowiłem obdzielić środowisko plusami i minusami. Zobaczcie sami:

 

PLUSY:

- Marcin Żewłakow. Tak! Wcale nie powariowałem, ale pierwszym, który mi zaimponował dzisiaj to były piłkarz, napastnik m.in. APOELu czy GKS-u Bełchatów. Zazwyczaj jest tak, że jak za komentowanie/bycie ekspertem/ wypowiadanie, zabiera się piłkarz, to słyszymy długie jednostajne yyyyyy i masę błędów językowych. Tutaj specjalne ukłony w kierunku pana Tomka Kłosa, którego jak szanuję i lubię, tak słuchać za mikrofonem nie mogę!  I choć Żewłakow też wielkim mówcą nie jest, co do trafności spostrzeżeń nie można mieć wielu zastrzeżeń. Imponuje mi nie tylko jego przygotowanie (godziny spędzone na wyszukiwaniu ciekawostek), ale co najważniejsze i rzadko spotykane – umiejętność przełożenia posiadanej wiedzy piłkarskiej na grunt komentatorski. Najlepszy jak do tej pory, bijący na głowę a słuchalnych trenerów Ulatowskiego i Engela, ekspert TVP który jeszcze idealnie pasuje do wieczorów Ligi Mistrzów – sam w niej występował, wymieniał podania z Helio Pinto, strzelił gola Chelsea w fazie grupowej, tak przecież w Warszawie upragnionej.

Marek SaganowskiJak wino. Im starszy tym lepszy. Nie złamał go kiedyś makabryczny wypadek, nie zastopowały poważne problemy zdrowotne, więc teraz nie zatrzymuje go nic. Mimo 35 lat biega jak młody Kosecki z tą różnicą, że jest bardziej przydatny zespołowi i skuteczniejszy. Tak z czystej sympatii, życzyłbym sobie, by Saganowski wstrząsnął w tym sezonie Ekstraklasą i Champions League. A skoro jesteśmy na gruncie tych elitarnych rozgrywek, nie zapominajmy, że „Sagan” również w fazie grupowej gola strzelił.

Michał Kucharczyk – Zmienił Radovicia, chwilę później strzelił gola. Biegał bardzo szybko, dryblował jeszcze skuteczniej. Po dwóch mniej udanych sezonach może puka do drzwi o nazwie pierwszy skład? Jeśli chce podbijać futbolowy świat – a mówi, że chce, to czas najwyższy. Ma 22 lata. Chociaż patrząc na Sagana…

Jan Urban – Nigdy nie wierzyłem w niego bardziej niż w Skorżę. Ale chyba nie tylko ja go nie doceniam. Skorża mistrzostwa nie zdobył, Urban tak. W dodatku zrobił coś, czego młodszy trener nie umiał – bez wahania stawia na młodzież. W przerwie meczu z New Saints wstrząsnął zespołem i dokonał bardzo istotnych roszad w składzie. Chciałbym go w końcu prawdziwie docenić! Ale zrobię to tylko wtedy, gdy  udanie wprowadzi Legię w europejskie puchary, niekoniecznie Champions League.

MINUSY:

Helio Pinto – kolejność nieprzypadkowa. Zawiódł mnie najbardziej. Dla mnie począwszy od transferu do Legii ma markę zawodnika, który dotarł do Ćwierćfinału LM. I tak jak od Jerzego Janowicza będę wymagał przeskakiwania rywali w turniejach ATP, tak w Portugalczyku chcę widzieć prawdziwego playmakera. W środę grał jakby nie tylko przeciw Walijczykom, ale również wbrew własnej drużynie. Pałętał się pod nogami Dvalishviliego. A to zawodnikowi tej klasy nie przystoi – bo nawet w późniejszych rundach jak mu nie wyjdzie, nie napiszemy, że zjadła go presja…

Dusan Kuciak – Dusana lubię bardzo. Z sympatii pozasportowej. Standard Liege wykładał grube pieniądze za jego kontrakt, ale Słowak nie zgodził się na transfer z powodów osobistych. I choć nie wnikam – lubię takie decyzje, pozwalają uwierzyć, że futbol to nie tylko kasa. W środę jednak bramki chronił mało efektywnie. Puścił okropnego babola, nie potrafił dobrze skomunikować się z Wawrzyniakiem, a przecież przyzwyczaił do tego, że po Janku Musze godnie obsadził słupki bramki Mistrzów Polski. Oby nie musiał jak Majdan 8 lat temu płakać, że zawalił Ligę Mistrzów. Tego by mu nie wybaczono.

Jakub Wawrzyniak – zawinił wraz z Kuciakiem przy bramce dla rywali. Widziałem w nim prawdziwego klasowego lewego obrońcę na 10 miesięcy przed Euro 2012. Od tamtego czasu, skutecznie mnie przekonuje, że tak nie jest. Za dużo głupich strat, za mało zdecydowania, a przecież potrafi.

Jakub Kosecki – Od wypożyczenia do Lechii był na stałej wznoszącej. Ostatnio jednak krytykowany i to wcale nie bezpodstawnie. Nieudane dryblingi, groźne straty piłki, za mało wykorzystywania atutu szybkości. A przeciwnicy z ligi amatorskiej póki co… Obrazu całości nie zmieni nawet bardzo ładna bramka.

Tyle na dziś, nietypowo, bardziej w luźnej konwencji. Mam nadzieję, że z Legią w pucharach nie będzie jak z Reprezentacją Polski na Euro – nie będzie grała jednej dobrej połowy. W przeciwnym wypadku skończy podobnie.

wtorek, 16 lipca 2013

photo by Keith Teare

photo by Keith Teare

Licencja Creative Commons

 Zawrzało w światku piłkarskim. Panowie Kelemen i Stevanovic pogniewali się o youtubowe filmiki. Jak twierdzi przedstawiciel kancelarii prawnej reprezentującej Kelemena "mogą przyczynić się do symbolicznego wykluczenia go ze środowiska". Tego polskiego na pewno, bo tu skauting leży...

W kraju w którym obecny Mistrz Polski jeszcze kilkanaście miesięcy temu sprowadzał niewypały pokroju Cabrala, Antolovicia, Ogbuke, Novo, Blanco, Kneżevicia Szulera Salinasa i Manu mamy prawo drwić, że to youtubowe urywki będą głównym narzędziem obserwacji talentów. Trudno się dziwić - wymienieni Legioniści imponowali uposażeniami na polskie warunki kosmicznymi. Salinas nie grał ale zarabiał dziesięciokrotnie więcej od Michałów Żyry i Kucharczyka. Antolovic kosztował Legię milion euro – gros z tej kwoty wciąż idzie na pensję chorwackiego bramkarza, choć ten przez 3 sezony zagrał tylko 8 spotkań w barwach Legii. I pewnie Mistrzowie Polski dawno by Chorwata pogonili, ale zrywając umowę winni mu zapłacić ok. miliona zł. Mądrzej rozwiązano sprawy niedoszłych gwiazd - Novo, Blanco i Hubnika - w sezonie 2011/12 strzelili łącznie 5 goli i szybko z ich usług zrezygnowano. Tych perełek transferowych było więcej, aż trudno zapamiętać. Jest jeszcze jedna, taka z której w transmisjach bokserskich kpił nawet redaktor Andrzej Kostyra:

 

„Był zamroczony jak działacze Legii w momencie podpisywania kontraktu z Arruabareną" - kwitował. 

 

Wróćmy jednak do Śląska bo to także niezła historia. Za kadencji Ryszarda Tarasiewicza ówczesny skaut wrocławskiego zespołu – Krzysztof Paluszek wybrał się w wyprawę poszukiwawczą talentów do Peru. Tak oto, dziś już dyrektor sportowy Śląska, relacjonował swoją pracę w rozmowie z dziennikarzem Gazety Wyborczej, Michałem Karbowiakiem( cały wywiad LINK):

 

M.K.: Jest szansa, że w przerwie zimowej któryś z obserwowanych przez Pana zawodników trafi do Śląska?

K.P.: (...)Na tym rynku działają też agencje menedżerskie, z którymi pozostajemy w kontakcie. Na pewno nie weźmiemy jakiegoś piłkarza dlatego, że jego akcje fajnie wyglądają na YouTube. Musimy parę razy obejrzeć go na żywo.

Dobre sobie! I choć Paluszek fuchę poszukiwacza talentów zamienił na dyrektorski stołek, wciąż chyba skauting w Śląsku odbywa się na jego starym, wiecznie zacinającym się laptopie. Bo ciężko wyobrazić sobie bytność w klubie zawodnika, który nie dość, że nie potrafi grać w piłkę, to jeszcze sam mydli sobie oczy, że jest inaczej. Do reprezentowania czołowego polskiego klubu, ustępującego Mistrza Polski nie może mieć prawa zawodnik, który nie pojmuje istoty pracy mediów i prawa do krytyki. Tym bardziej, panie Stevanovic, że liznął Pan piłki na poziomie ligi hiszpańskiej czy holenderskiej, a tam presja ze strony dziennikarzy jest nieporównywalnie większa.

Ale brak profesjonalnego traktowania swoich obowiązków to zmora nie tylko zagranicznych piłkarzy naszej ligi. Sezon 2011/2012, któryś z meczów Lechii Gdańsk. Po spotkaniu próbuję zapytać o wrażenia Marcina Pietrowskiego. Ten dąsa się, kręci głową i swoje niezadowolenie kwituje słowami „ja pierdolę kurwa mać" – po czym odchodzi. Kilku jego kolegów nie ma sensu zatrzymywać, bo w znanym sobie zwyczaju, prośby o wypowiedź zignorują. U nas norma, na zachodzie niepojęte.

A skoro jesteśmy już przy Lechii, zachodzie i skautingu, to jeszcze jedna sytuacja. Ponownie PGE Arena. Lechia – Śląsk Wrocław. Na trybunach dwóch skautów Fortuny Dusseldorf. Przygotowani w tak imponujący sposób, że miast patrzeć na murawę, co rusz spoglądałem w ich notesy – co i jak analizowali. Nazwiska, pozycje, względna wartość transferu, udane zagrania i przydatność do zespołu. Nie dziwota, że Bundesliga tak dynamicznie się rozwija. A u nas? Piłkarze czują bezpośrednie zagrożenie kariery kompilacją z youtube'a, drużyny sprowadzają na testy „wyczynowców", którzy z piłką są na bakier, a prawdziwe pieniądze wpompowują w podstarzałe gwiazdki w dodatku te grzejące ławę.  W sumie co się dziwić, ktoś musiał ich tu sprowadzić. W myśl zasady – jaki skauting tacy piłkarze. 

środa, 10 lipca 2013

photo by missingsaddle

foto: missingsaddle, Licencja Creative Commons

 Miał podglądać najlepszych. Przyjechał po naukę nie tylko od kolegów z zespołu – doświadczonych Cavendisha, Chavanela czy Martina, ale również po pokorę ze strony największego Touru. Francuskiego. Tego, który błędów nie wybacza. Ale Kwiatkowskiemu póki co nie musi wybaczać.

W 2008 roku miałem jak dotąd jedyną okazję dopingować kolarzy na trasie Tour de France. Wgapiałem się wtedy ślepo w braci Schleck, a patriotyczną nadzieją na sukces obdarowałem uznawanego wówczas za jednego z najlepszych pomocników kolarskich – Sylwestra Szmyda. Rok później także we Francji z agresywnej jazdy i szaleńczych, niestety pojedynczych ataków zasłynął Marcin Sapa. Te 5 lat temu podniecałem się, że przez cały Tour realizatorzy telewizyjni zwrócili raz uwagę na polskiego kolarza. Takie były realia i rozkład sił polskiego kolarstwa. Nie imponowaliśmy w świecie wcale.

Dzięki Kwiatkowskiemu jest inaczej. Nie można mu było odmówić sukcesów juniorskich - Mistrzostwa Polski, Mistrzostwa Europy, zwycięstwo w Wyścigu Pokoju, ale w zmaganiach seniorskich do początku 2012 roku lepiej rokowali Michał Gołaś czy Rafał Majka. Ku zaskoczeniu to jednak „Kwiatek" odpalił najdonioślej. Liderował przez dwa etapy wyścigu Driedaagse van West-Vlaanderen, podbił serca kibiców podczas Tour de Pologne, gdzie po pasjonującej walce zajął ostatecznie 2 miejsce zaraz za innym młodzieżowcem – Moreno Moserem, oraz reprezentował Polskę na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Eksperci kolarscy wiedzieli, że mają do czynienia z talentem zdobywającym dynamicznie pozycję w światku kolarskim, która lada dzień pozwoli mu liderować drużynie i walczyć o najważniejsze laury. Pierwszym tego dowodem miała być nauka na Tour de France. Sam zawodnik powtarzał, że celem nadrzędnym jest wygranie Tour de Pologne, a do Francji jedzie zdobyć doświadczenie. Dzieje się inaczej. Naucza Polak, a inni z niedowierzaniem przecierają oczy. 3,3,4,4, dzisiaj 5 – to miejsca 23-latka z Chełmży w tegorocznej Wielkiej Pętli. Tymi wynikami „Kwiatek" już przeskoczył osiągnięciami kilka mocnych nazwisk polskiej historii kolarskiej. "Kłiatkołski is amazing. He's going to steal the white jersey" – wykrzykiwał z niedowierzaniem angielski komentator Eurosportu, kiedy Polak finiszując w czasówce odbierał białą koszulkę Nairo Quintanie.

Ale nie miejsca a uniwersalność Polaka budzą zachwyt. Zawodnik Omega Pharma nie tylko doskonale finiszuje, świetnie technicznie zjeżdża, ale także, co nietypowe dla szybkich kolarzy, potrafi walczyć w górach. Zaskakuje dojrzałością i jak ja to nazywam „peletonowym know how" – jest czujny, nie pozwala  rywalom uciec, wie jak się ustawić by finiszować, unika kraks. Z marszu stał się tym, na którego patrzą kibice, dyrektorzy zespołów, ogląda się nań peleton. Po każdym etapie udziela wywiadów głównym stacjom telewizyjnym. Jutro ponownie, po kilku dniach przerwy zmieni koszulkę Mistrza Polski na tę słynną białą dla najlepszego młodzieżowca. Jeśli uczeń Michał przyjechał po lekcję a sam naucza, to za kilka lat nauczyciel Michał...? A ma przecież dopiero 23 lata.

środa, 05 czerwca 2013

Przenikliwe zimno, grząska murawa, idiotyczne okrzyki kiboli Cracovii i dramatyczna cisza na pożegnaniu Jurka Dudka - to otoczka spotkania Polska - Liechtenstein.

Przed meczem pisałem o sposobie w jaki Jurka Dudka pożegnali kibice i piłkarze Realu Madryt, kiedy ten kończył karierę klubową. I choć zestawianie tamtego spotkania Realu wobec sparingu kadry z Liechtensteinem jest jak niemiecki Ring Berliński do polskiej Autostrady A18, to jednak chciałem liczyć na godne uhonorowanie polskiego bramkarza na naszej ziemi. Niestety... Jak to ostatnio z kadrą bywało, nie udało się. Kibicom, piłkarzom, nie wyszło też matce naturze.

Kibice podzielili się na dwa obozy. Tych nadpobudliwych, wznoszących wulgarne okrzyki obrażające jeden z krakowskich klubów i tych nie potrafiących wydobyć z siebie choćby jednego dłuższego ryknięcia motywującego zawodników do lepszych kopnięć. Jedni i drudzy dali ciała, kwestią sporną jest tylko którzy bardziej. Ci którzy nie wywiązują się z zadania sobie założonego by wspierać swój naród, czy ci wywiązujący się ze swoich założeń by siać nienawiść i złość? I jedni i drudzy zapomnieli już o zgodzie podczas meczów Reprezentacji, walce o przywrócenie Orła na koszulki, czy atmosferach panujących nie tak dawno przecież na Śląskim.

Piłkarze? Nazywani tak przez nas dumnie zawodnicy, którzy od meczu z Anglią w październiku 2012 roku nie zagrali dobrego spotkania okazję na rehabilitację mieli nie lada – ich kolega kończył piękną karierę. Fajerwerków jednak nie było. Nudne, momentami żenujące spotkanie dobrze obrazowała gra Kamila Grosickiego. Gra, która przez wzgląd na ograniczony zasób słów autora zostanie wymownie przemilczana. Szkoda tylko, że zmiennicy testowani na wybitnie słabym przeciwniku nie dali Fornalikowi żadnego argumentu by na nich stawiać.

Natura wreszcie! Nieprzewidywalna, piękna ale i brutalna. W ten szczególny dzień dla Dudka mogła pomóc i dać słońce nad krakowską ziemią. Mogła, ale zapomniała, że to czerwiec i spuściła nawałnicę, która omal nie doprowadziła do odwołania uroczystości. A może tak byłoby lepiej? Zostawmy już cały ten temat. Więcej pisać nie ma o czym. I Całe szczęście! 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Zakładki:
Tagi