niedziela, 20 października 2013

'

photo by moedermens on Flickr

Licencja Creative Commons

Zasadniczo blogując tutaj nie wstukuję nic o bzdurach. Zasadniczo to w ogóle bardzo dobre słowo - zasadniczo oglądam walki bokserskie, zasadniczo widzę bokserów i zasadniczo wydaje mi się to wszystko sportem. Dzisiaj nic nie miało zasad. Patrzyłem jak dwoje zwierząt gryzło siebie nawzajem, wynaturzone kąsanie przerywając jedynie wulgarnymi obelgami w swoim kierunku.

Zimnoch vs Binkowski. Mało w tym było boksu. 30 letni nazwijmy to umownie prospekt wagi ciężkiej mierzył się z 38 letnim emigrantem, który zamiary bycia pięściarzem porzucił dobre 6 lat temu. Mierzył się to może nieodpowiednie wyrażenie, wolę użyć życzeniowego „starał się", choć i to ciężko stwierdzić. Sam przebieg jak i werdykt pojedynku nie są naprawdę istotne. Bohaterowie swe role odegrali w spektaklu pozasportowym.

Transmisję tej dintojry przeprowadziła otwarta stacja Polsatu. Jakby poziom żenady był zbyt niski do zabawy włączył się trzeci samiec. . Bywalec telewizji śniadaniowych, osoba ostatnio nad wyraz publiczna, 180 tys. fanów na facebooku w tym dzieci i chłopcy zaczynający przygodę z boksem dla których jest wzorem. Któż taki?
Szpilka! Konkretniej Artur Szpilka! Przyodziany w elegancką koszulę zaprezentował zachowanie dalekie od standardów elegancji. Nie jest tajemnicą, że Krzysztofa Zimnocha nie lubi. Przed ich niedoszłym pojedynkiem na konferencji prasowej gali Saleta – Gołota obaj skoczyli sobie do gardeł. Szpilka mówił wtedy:

Obiecałem trenerowi, że to się już więcej nie powtórzy. Jest mi przykro, że tak się stało, żałuję tego i tyle.

Wniosków nie wyciągnął żadnych. Dziś do Kopalni Soli w Wieliczce przyjechał bynajmniej nie zwiedzać. Pchając się w kierunku Zimnocha(miałby wcześniej okazję pokazać swój heroizm w ringu, ale zdezerterował po ciężkim boju z Mollo) imitował ohydne gesty w pobliżu swojego krocza. Sprośne i tak straszliwie upokarzające. A pomyśleć, że w obronie autorytetu Papy Stamma wyzywał kiedyś do ringu Mateusza Masternaka. Pshaw! Kilometr poniżej klasy Felixa Stamma.
I choć zachowania Szpilki, Zimnocha i im podobne powinniśmy marginalizować, ja dziś celowo poświęcam im więcej uwagi. Nie minął bowiem tydzień od innego skandalicznego wydarzenia, którego stężenie kiczu próbuje się maskować szlachetną ideą boksu. Zresztą mówi się, że papier wszystko przyjmie. Ja tej błazenady nie będę komentował, ona laurkę wystawia sobie sama...


Powiedzcie zatem szczerze, czy nie ku wymarciu zmierza ta piękna dyscyplina? Walki o pasy mistrzowskie często nie są transmitowane w ogólnodostępnych stacjach a pięściarze pokroju Łukasza Rusiewicza muszą brać przeciwników z marszu, nierzadko w odstępie trzech tygodni by zarobić na chleb. Na drugim biegunie clowny odstawiają teatr, powymachują bezkształtnie łapami i dostaną dziesięć razy tyle co tamci.

Są jakiekolwiek pieniądze warte tego syfu? 

piątek, 11 października 2013

photo by || UggBoyUggGirl  

Licence: Licencja Creative Commons 2.0

Do meczu z Ukrainą pozostało kilka godzin. Możemy zaryzykować, że o spotkaniu powiedziano już wszystko. Piłkarze zwyczajowo - w klimacie jak przed EURO z Czechami, czy przed spotkaniem ze Słowacją 4 lata temu. Zwyczajowo, czyli nijako. Sami zobaczcie:

Waldemar Sobota: "Wciąż wszystko jest możliwe". A ja się pytam dlaczego jest możliwe? Skąd w Tobie Waldku tyle przekonania, że będzie dobrze? Bo wstajesz od miesiąca rano i czujesz wstyd za kadrę? Bo siedząc w Belgii gryzie Cię, że zawiodłeś kraj? Że koledzy robią to notorycznie od ponad pięciu lat? Nie masz tak, że jako adept stażem, imponujący nonszalancją i brakiem respektu dla rywala zawodnik wchodzisz do szatni „z drzwiami” wykrzykując, że przeciwnika trzeba zgnieść i roznieść w pył? W klubie potrafiłeś, w kadrze nie wypada?

Maciej Rybus: „Trzeba wierzyć w awans”. Świetnie Maćku. To tekst klepany jak mantra. Wierzyłem w chłopców Engela w Korei, wierzyłem po łotewskiej wpadce na EURO 2004. Dałem wiarę - po fantastycznym sezonie w Legii dźwigniesz lewe skrzydło za kadencji Smudy. Na próżno. Dziś to co mówisz odbieram jako puste próchno.

 

Błaszczykowski: „Cały czas wierzę w drużynę.” Serca Ci kapitanie odmówić nie można. Atutów lidera również. Gole w Czarnogórze i przeciwko Mołdawii właśnie ten cień szansy pozostawiają. Ale to Ty pisałeś na twitterze po upokarzającej porażce z Ukrainą „Po trzy punkty do Kiszyniowa”. Ty recenzowałeś zachowanie Obraniaka po meczu w Podgoricy jako nieodpowiedzialne by później krytykować dziennikarzy za zbyt surową pod jego adresem ocenę.

Nie mówiliście jak drużyna, haniebnie kłócąc się o bilety po przegranym Euro. Nie sprawiacie wrażenia drużyny teraz, choć na Placu Defilad wzruszeni obiecywaliście co innego. A przecież kto lepiej niż Jakub Błaszczykowski pamięta drużynę spełnianych marzeń, obietnic i pragnień? Drużynę paradoksalną – złożoną z zawodników bez gwiazd, często odtwarzających role ogonów ławki rezerwowych w klubach. Pamiętasz przeskakiwanie niemożliwego: Portugalii i Serbii dwukrotnie? Przezwyciężanie kazachskich kryzysów? Drużynę przez duże D, która uzbierała nie 19 a 28 punktów na koniec eliminacji? Dzisiaj jako kapitan masz prawo takie jak ja do patetycznych uniesień. Do przypomnienia chłopakom po co właściwie do Charkowa polecieliście.

 

Trafnie zauważył Drodzy Kadrowicze Marek Citko: Gracie z Anglią i Ukrainą a nie Argentyną i Brazylią. Jeszcze celniej, w klimacie mojej notki do Waszej postawy odnosi się Jacek Bąk: „Najbardziej brakuje mi "jaj" i boiskowej wyrazistości. Kiedy grałem w Katarze, odliczałem dni do zgrupowania kadry (…). Byliśmy jak rodzina, zjeżdżaliśmy się i było powitanie. Żadnych iPodów czy PlayStation”

 

I trudno się z byłymi reprezentantami nie zgodzić. Dziś żaden z Was nie ma odwagi powiedzieć, że doping w domu to piknik i kpina. Że Wam to przeszkadza i nie przynosi dwunastego na murawie. Że gwizdali na Lewego i kibicowali San Marino.  A może interesuje Was już tylko zysk, a sentymenty odłożyliście wraz z końcem ery Kałużnego, Bąka, Krzyżówka? Dzisiaj nawet nie wynikiem, a postawą możecie udowodnić, że wypisuję bzdury. Tak niewiele a jednak tak wiele. Nadzieja na przyszłość.



PS. Ani razu nie padło nazwisko selekcjonera. Tam na murawie to będzie już tylko Wasza sprawa - 11 reprezentantów kraju.

wtorek, 24 września 2013

- Ile razy nie obejrzę się w tył, to się uśmiecham. Uśmiecham się niewyobrażalnie – aż mnie zatyka, że można coś zrobić w życiu. Można się cieszyć, że się życia nie zmarnowało. –mówił Stanisław Szozda.

Życie przeżył tak jak mówił, z uśmiechem. Urodzony gawędziarz. Był nieugięty i charakterny na trasie i poza nią:

„To jest sportowiec? To jest bandyta nie sportowiec"- powiedział w 1974 roku po tym jak Walerij Lichaczew zajechał mu drogę podczas Wyścigu Pokoju. Obok polskich piłkarzy i Ireny Szewińskiej, tworzyli z Szurkowskim duet bohaterów sportowych w latach 70-tych XX wieku.

„Żeby wygrać musisz dać z siebie wszystko i jeszcze trochę" – mawiał Szozda.  I wygrywał: Dwukrotne Mistrzostwo Świata w drużynie 1973, 1975 r. Dwukrotne srebro Igrzysk Olimpijskich 1972,1976 r. Zwycięstwo Wyścigu Pokoju 1974 r .

Wskutek upadku w wieku 28 lat przedwcześnie zakończył karierę. Tak wtedy jak i teraz, odszedł za szybko. 

 

 


środa, 04 września 2013

photo by: StuSeeger on Flickr

Licence: Attribution Creative Commons

Pokazywaliśmy jak wydajne płuca mamy przez ostatnie dwa tygodnie. Pompowaliśmy go wytrwale tym skuteczniej, im bliżej turnieju finałowego byliśmy. Balonik – koszykarski, pękł na igle o nazwie Gruzja.

To miała być najłatwiejsza obok meczu z Czechami przeprawa tego Eurobasketu. Wiedząc, że później będzie ciężko, winniśmy ją zacząć dwupunktową zdobyczą. Przeciwnik? Niby słabszy, bez największej gwiazdy, centra NBA Zazy Paczulii. Niby z gorszym trenerem, słabszymi podkoszowymi i porównywalnymi graczami obwodowymi. Niby, bo w praktyce to rywale okazali się od nas ambitniejsi, mieli bardziej przebojowego trenera i zwyczajnie zaprezentowali większą skuteczność.

Wkurzało mnie to pompowanie balona. Choć powszechnie mało osób w naszym kraju interesuje się basketem, nasza liga to czwarta europejska półka a klasowych zawodników mamy na świecie dwóch, dmuchaliśmy jak dzikusy. Zadaję pytanie – dlaczego?! Co skłoniło nas do twierdzeń, że jedziemy tam po medal? Co dawało tyle podstaw do optymizmu? Grupa z Mistrzem Europy na czele? Sparingi? Czy trener, który mając galaktycznego Dirka Novitzkiego, doszedł do finału europejskiego czempionatu 8 lat temu?

Zapomnieliśmy, że ostatnie dwa turnieje Mistrzostw Europy to jedynie sensacyjne zwycięstwa z Litwą i Turcją. Że Marcin Gortat to nie ten sam center, który odnotowywał parę lat temu średnie w NBA na poziomie 16 pkt, 12 zb. Umknęło nam iż ledwo do tego Eurobasketu doczłapaliśmy przegrywając u siebie z Belgią i Finlandią. Wreszcie zapomnieliśmy, że by wygrywać trzeba mieć klasowego rozgrywającego. Zanim dobrze weszliśmy w turniej, klęknęliśmy przed niemieckim wybawicielem – Dirkiem Bauermannem, choć ten jeszcze – poza namówieniem do gry największych, Gortata, Lampego i Kelatiego – nic z kadrą nie wygrał.

Ważne: Daleki jestem od twierdzenia, że nie było pozytywnych symptomów, pozwalających stawiać naszych kadrowiczów w roli czarnego konia. Nie twierdzę także, że ten turniej dla Polaków się skończył. Wręcz przeciwnie. Uważam, że zespół świetnie prezentował się na turniejach przed mistrzostwami ale stał się ofiarą oczekiwań. Jeszcze nie zrealizowanych, a już fetowanych. Apelował Michał Ignerski: „Nie pompujcie balonika". Stało się! 43% z gry i wstydliwe 3/16 za 3.

Wniosek? Niech ci którzy dmuchają, kadrę zostawią w spokoju, a koszykarze robią swoje. Na szczęście na parkiecie gra się piłką, a nie balonem. 

wtorek, 27 sierpnia 2013

 

licencja: Creative Commons

foto by: Eric the fish 

 

Legia na awans do fazy grupowej nie zasłużyła w ogóle. Niechlujstwo juniorskie w obronie nie przeszło w meczach ligowych z Lechią i Ruchem Chorzów. Nie mogło przejść w spotkaniu ze Steauą.

Po bramkach strzelonych przez Steauę szukałem pozytywów. Jedyny był taki, że na odrabianie strat Legioniści mieli 80 minut spotkania. Mogli postawić wszystko na jedną szalę, zaryzykować. Musieli, a jednak tego nie zrobili. Doszli do dwóch sytuacji 100%- wych i dwie wykorzystali. Zdecydowanie za mało jak na 70 minut inicjatywy. Zbyt mało by odpracować krytyczne babole we własnym polu karnym.

Przyczyny? Prozaiczne. Znów największymi rywalami polskiego zespołu były kompleks, spętane nogi i zbyt duży respekt dla Steauy – rywala, który niczym nie zachwycił, był słabszy od zarówno Panathinaikosu jak i Apoelu z przegranych bojów Wisły. Ale mimo słabszej dyspozycji rywal ten przydusił w momencie, gdy Warszawianie głowami byli jeszcze w szatni.
***
Nie można Legionistom odmówić walki, większość pojedynków w zwarciu kończyło się ich zwycięstwem. Krytycznie było dalej – co z tą piłką zrobić? Do kogo podać? Kto ma wykończyć? Zbyt dużo pytań, za mało rozwiązań.
Szukaliśmy szczęścia w II połowie, która jak w poprzednich rundach, miała przynieść antidotum. Od jej początku po samą 95 minutę zamiast 11 prących na bramkę rywala, było tylko dwóch – Radovic i Kosecki – szaleńców. Gdyby wtedy gracze z elką na piesi napierali, szansa na gola/drugą żółtą kartkę dla rywala/stały fragment gry/rzut karny, byłaby bardzo realna. A przecież nie miało już znaczenia, czy dostaną w skórę 1:4, czy 2:2. Takiej logiki nie zastosowano. No i nie należy zapominać o braku napadu. Marek Saganowski zagrał najgorsze spotkanie w sezonie, nie istaniał przez cały czas, gdy przebywał na murawie. I usprawiedliwieniem żadnym jest tu brak podań od kolegów.

Pozostanie gdybanie. To nasza sportowa wizytówka począwszy od półfinału MŚ '74. Wtedy woda. Osiem lat później Boniek i jego absencja z Włochami. W Atenach zabrali Penksie gola a dziś, a jakże Kucharczykowi. A ja tam wolę się trzymać tego, że byliśmy słabsi. 17 sezon z rzędu.

PS. Pozostaje się cieszyć. Legia jako pierwszy polski klub od 1995 r. zakończyła eliminacje bez porażki. Była też pierwszą drużyną z kraju, która rywalowi ustąpiła tylko gorszym bilansem bramkowym. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Zakładki:
Tagi