środa, 07 maja 2014

 

źródło: ShutterStock

 

Kabaret polskich sportowców ubiegających się o mandaty poselskie trwa w najlepsze. Większy szacunek miałbym wobec ich wyborów gdyby przyznali się: wybieramy się tam przede wszystkim ze względów finansowych. Byłbym w stanie zrozumieć, przecież życie i pieniądze sportowe nie są wieczne.  Oni idą w zaparte, dewastując swój wizerunek z aren sportowych.

 

 

„Pytanie na śniadanie” w TVP. Gośćmi w studiu wybitni sportowcy – Otylia Jędrzejczak i Maciej Żurawski. Na dłoni widać, że wychodzi z nich ambicja sportowa. Żurawski na pytanie o to który kraj przewodzi Unii kiwa się na krześle, jakby było ono murawą piłkarską, traktując pytanie jak obrońców rywali, których trzeba dobrze wkręcić.  Obok niego  Otylia Jędrzejczak. Choć o Kioto nie wie ani słowa i wypowiadać się nie powinna, walczy z przeciwnościami losu jak w basenie w Pekinie. Błądzi, ale nie odpuszcza.

Oglądając te urywki rozmowy Jędrzejczak i Żurawskiego męczę się. Mam nieodparte wrażenie, że widzę kopię wywiadu Wojciecha Pawłowskiego po angielsku. Tak tam jak i tu króluje wiara we własne możliwości podparta niestety proporcjonalną do niej niewiedzą. Więcej yyyy niż słów, więcej kompromitacji niż konkretów. Z tą drobną różnicą że Pawłowski się do Brukseli nie pcha bo i za młody jest. 

Jędrzejczak, Adamek, Żurawski…. To wręcz przypadek paralelny:

- Całą trójkę łączy jedna szalenie istotna rzecz. Przed pchaniem się w politykę przestali zarabiać ze sportów, które wyczynowo dawały im dochód. Maciej Żurawski karierę zakończył w 2011 roku. Z wywiadów widać, że praca skauta którą zaproponowała mu Wisła Kraków nie jest tą z gatunku trafionych na loterii. Z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy  zarabiał kopaniem piłki.  Dużo słów – przynajmniej w programie „As wywiadu” poświęca dylematom, z którymi boryka się piłkarz po skończeniu kariery.

„Ciężko mi będzie znaleźć po zakończeniu kariery piłkarskiej pracę która da mi tyle satysfakcji, przyjemności, radości adrenaliny.” – wspomina. Brawo. Przejrzał na oczy, że gra w piłkę i rozbijanie się na salonach brukselskich mają dużo cech wspólnych.  Pieniądze, sława, profity, poniekąd splendor. Zapomniał jednak o jednej istotnej różnicy. Mecz miał prawo przegrać, być nieprzygotowanym. Ofiarami jego i kolegów z drużyny błędnych decyzji z boiska byli oni sami, w ostateczności klub i jego zawiedzeni kibice.  W Parlamencie Europejskim jego zadaniem będzie bronienie interesów całego narodu. I to wcale nie w dziedzinach, które zna na wylot jak kopanie do bramki…

Otylia Jędrzejczak mówi, że wchodzi do polityki „po to by działać”. Ale na pytanie dlaczego zadzwoniono do niej z PO i w jakim obszarze chcieli, aby działała, odpowiedzieć nie umie. Jeszcze dobrze nie przeszła przez bramy brukselskie, a już zdążyła spotkać się z dość banalnymi pytaniami na których poległa. Karierę polityczną – to ci przypadek – zaczyna w tym samym czasie, kiedy definitywnie kończy tę sportową.

Zaiste… Jak spojrzymy na moment w którym wybierają polityczne salony, wyjawi się nam smutna prawidłowość. Każdy z nich znajduje się na zakręcie życiowym. Otylia po nieudanych IO w Londynie szuka swojego miejsca w życiu. Tomek Adamek doznał przykrej porażki od dużo niżej notowanego Wiaczesława Głazkowa, porozbijany w boksie wielkich walk już nie da. Maciejowi Żurawskiemu nie udał się powrót do Wisły Kraków. Wiem doskonale, że ich wybór jest świadomy, drażni mnie tylko że starają się z ludzi robić tych nieświadomych. Bo nie trzeba być Sherlockiem by prześledzić poczynania ich kolegów po fachu – byłych sportowców, którzy tak jak oni, zaczynając kariery posłów idealizowali swoje aspiracje polityczne, a którym to nie do końca się one udały. Krzysztof Hołowczyc o swojej przygodzie z polityką woli nie mówić. Roman Kosecki od października 2011 roku, kiedy to został wybrany posłem na sejmowej mównicy wystąpił pięć razy, wniósł również cztery interpelacje.. Jeszcze większym rekordzistą jest menedżer piłkarski, były piłkarz Cezary Kucharski, któremu udało się wystąpić na mównicy dwa razy – jego przypadek jest dziwaczny, pieniędzy mu nie brakuje, zrzekł się pensji, szkoda że nie mandatu.

Jasne, nie zawsze robienie wiatru idzie w parze z efektywnymi działaniami. Są przecież tacy w Sejmie, których twarze nie schodzą z mównicy, choć pożytku z nich żadnego. Chodzi bardziej o uczciwość, bo przecież nikt mi nie wmówi, że Tomek Adamek idzie do PE z powodu misji. Przecież ten facet dwa miesiące temu mówił o tym, że idzie w kierunku Mistrzostwa Świata wagi ciężkiej. Albo że Platforma Obywatelska zawezwała w swoje szeregi Otylię, żeby zrewolucjonizowała kulturę fizyczną w Europie! No ręce opadają tym niżej jak pomyślę sobie ile kiedyś radości sprawili mi ww. swoimi sukcesami. 

Najsmutniejsze z tego wszystkiego jest ta łatwość podjęcia decyzji - nie wiem co ze sobą zrobić, nie idzie mi w mojej dziedzinie to pójdę w politykę. Bo jestem znany, bo mnie wybiorą. Bo tam najłatwiej i najlżej...

czwartek, 03 kwietnia 2014

fot: Peter F./ https://www.flickr.com/photos/peterfuchs/5674737749/in/photostream/

 

O różnicach w dzisiejszym futbolu decydują niuanse. Wysublimowane do granic możliwości rozwiązania taktyczne promują futbol drużynowy, niwelując wartość jednostki. Tym cenniejsi więc są ci, którzy w tej drużynowej matematyce skorzy są do robienia czegoś nadto. W Dortmundzie ta wartość dodana to Marco Reus i Robert Lewandowski.

Uwielbialiśmy patrzeć na zeszłoroczne popisy Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów. Choć skazywana na porażkę, stawiała czoła największym. Naprzeciw gwiazd wysuwała machinę zgraną, budowaną świadomie, atrakcyjną dla oka. Twór kompletny, który stawiał Jurgena Kloppa do rankingu największych trenerskich objawień.

I nie dziwota. Wszystkie mikroelementy, które łączyły się w drużynę-giganta, finalistę Ligi Mistrzów i głównego jej faworyta Niemiec stworzył własnymi rękami, od podstaw. Za relatywnie małe pieniądze sprowadził do Dortmundu graczy, którzy w trzy sezony stali się futbolistami europejskiej klasy. Nie indywidualnej, lecz zespołowej, wspartej pojedynczymi przykładami gwiazd kompletnych, takich jak Robert Lewandowski, czy Marco Reus.

Monolit budowany bardzo mozolnie ale i konsekwentnie. Imponujący – ale co było wiadomo od bardzo dawna – bez zaplecza. Wystarczył brak któregoś z elementów układanki, a ta momentalnie kładła się jak Jenga. Obserwowaliśmy to wyraźnie w Bundeslidze. Nie sprzedaż zawodników powodowała zadyszkę Dortmundczyków – tych oddawanych jak Mario Gotze czy Shinji Kagawa, niemiecki trener potrafił zastępować Gundoganem czy Reusem. Problemem jego układanki była i jest plaga kontuzji połączona z „urodzajem" niedoświadczonych zmienników.

Gładkie 3:0 Realu jest zaskoczeniem? Nie, bo tam gdzie Schmelzer dośrodkowywałby w lewym sektorze wprost na głowę Lewandowskiego, Durm nawet nie zdołał się zapędzić. W miejscu gdzie Sven Bender przeciąłby prostopadłe podania sunące do Ronaldo i Bale'a, Nuri Sahin bał się podejmować decyzje. W sektorach boiska gdzie rządzi Robert Lewandowski, ściąga na siebie 2-3 rywali, błyskotliwie oddaje piłkę Marco Reusowi, dziś z konieczności był Aubameyang. Pierre Emerick, którego głównym i chyba jedynym w porównaniu do Lewandowskiego atutem jest szybkość. W momentach kluczowych, kiedy wystarczyło odpowiednio przyłożyć stopę do futbolówki, bezładnie plątał się we własnych nogach. Zamiast zagrażać bramce rywala, szybko dał argument jego obrońcom do odprężenia się.
Borussia na Santiago Bernabeu miała sporo sytuacji bramkowych. Naprawdę. O ich niepowodzeniach zdecydowały detale. Ułamek sekundy później podejmowana decyzja, zagranie z przyjęciem piłki, niepotrzebny zwód. Wszystko to, co złożyło się na dzisiejszą porażkę, a czego nie było w ubiegłym roku wynikało właśnie z niekompletnego czynnika zastępczego. Ale czynnika na tyle istotnego, że determinującego rezultat.

Padło słowo mikroelementy. Dzisiejszy brak podań, płynności, zaufania, pomyślunku, zgrania i polotu to właśnie deficyt mikro. Ale brakowało tego też co w BVB jest makro. Tercetu Gundogan – Reus – Lewandowski. Każdy z wymienionych na boisku bez drugiego i trzeciego traci wiele ze swojej znakomitości. Można więc wyobrazić sobie ile możliwości kreacji wraz z absencjami wymienionych zabrakło w grze Marco Reusa. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie że tamta, zeszłoroczna Borussia miałaby szanse oczekiwać rewanżu w dużo lepszych nastrojach.

Gdybanie jednak nie ma za wielkiego sensu. BVB na tle Realu wyglądała dzisiaj jak amator w kapciach na lodowisku otoczony zawodowymi łyżwiarzami. Jeśli więc Klopp zostanie w Borussii, czeka go najtrudniejsze zadanie: restrukturyzacja tworu, który jeszcze niedawno był symbolem wielkości a dziś ślizga się nieporadnie nawet w starciach z Hamburgerem SV. Po dzisiejszym dniu trener ma ułatwione zadanie – wie, że Schieberem, Friedrichem, Durmem, a nawet Aubameyangiem i osamotnionym Reusem - wyników nie da się oszukać. 

niedziela, 16 marca 2014

foto: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/73/Adamek_and_Klitschko.jpg

 

 

Ilekroć patrzę na wywiady których udziela Tomasz Adamek przypomina mi się fragment skeczu Piotra Bałtroczyka. "Nuda, nostalgia, pociąg do Trzebini". Zamieniłbym tylko końcówkę "Nuda, nostalgia, słowa Adamka"

 "Jeśli Bóg da, zwyciężę", "jestem wojownikiem", "najważniejsze, że jestem zdrowy", "chcę być Mistrzem świata", "skoro Roger mówi X, trzeba ten X wypełniać", "jestem jak wino, im starszy tym lepszy"

 

I tak w kółko. Zdarta, zacięta płyta, wywiadów oglądać wcale nie trzeba, bo Tomek non stop powtarza to samo. Niezależnie od przeciwnika, dyspozycji, samopoczucia, kondycji psychicznej. 

TO SAMO. Tylko efekt sportowy jakby skromniejszy.

Nie zrozumcie mnie źle - to jeszcze nie powód by się czepiać - nie zawsze kwiecista mowa, piękne porównania, analityczne do granic możliwości wypowiedzi idą w parze z sukcesami pomiędzy linami. Ba! Andrzej Gołota miewał momenty, kiedy nie potrafił wydobyć z siebie jednego zdania złożonego, po czym odprawiał z kwitkiem zawodników pokroju Corrie Sandersa czy Tima Witherspoona, a cały pięściarski świat chrzcił go najlepszym ciężkim późnych lat 90.Krzysiu Włodarczyk nie umie wypowiedzieć poprawnie dublowanego wielokrotnie (tak myślę) zdania w reklamie Wojaka, a tłucze na terenie rywali w walkach o najważniejszy pas wagi cruiser Danny'ego Greena i Rachima Czakijewa.

Idąc za przykładami z całą pewnością warto stwierdzić: wypowiedzi boksera z Gilowic nie muszą być miernikiem aktualnej jego formy. Są za to dobitnym przykładem mentalności zagubionego boksera. Nie europejskiego, słynącego z lewego prostego  pod pieczą Andrzeja Gmitruka, a lawirującego pomiędzy zaufaniem i zwątpieniem dla trenera obcego. A taki stan - sami przyznacie - na formę Adamka pośrednio może wpływać. 

I wpływa. Widzicie to Wy, Ja, Saleta i każdy kto zasiada by o 4 rano zobaczyć w akcji polskiego ciężkiego. Kwestią sporną jest tylko, kiedy tak naprawdę Góral zatracił pazur. Jedni twierdzą(w tym ja), że po przejściu do ciężkiej walki z przeciętnymi Estradą, Maddalone, McBridem nie zakończone nokautami uwidoczniły przepaść nie do przeskoczenia dla Adamka między cruiser a heavy. 

Drudzy przy pojedynku z Witalijem Kliczką - niemiłosiernie obity Polak według zwolenników tej teorii właśnie po walce z Ukraińcem stracił mnóstwo zdrowia a wraz z nim  witalność znaną jeszcze z bojów prowadzonych w poprzedniej dekadzie. 

Co do słuszności swojej teorii przekonywać nie zamierzam, pewnie będzie ku temu okazja. Faktem niezaprzeczalnym jest, że Tomek to pięściarz gorszy, mniej efektowny i mniej pewny niż cztery lata temu. Wypowiedzi z dzisiaj pokroju "jestem jak wino, im starszy tym lepszy" oraz "gdyby mój boks był gorszy, Roger by mi powiedział" są punktem do rozważań:

a) czy Tomek jest świadomy tego, że zmiana stylu w ostatnich latach to regres a nie progres?

b) na ile ciągła praca z Bloodworthem to wyraz zaufania, na ile kalkulacji? A może braku świadomości?

c) czy Tomek jest w stanie realnie zmierzyć się z faktem, że z Władimirem Kliczką w dyspozycji prezentowanej STALE przez ostatnie lata, oraz z taktyką preferowaną przez obecnego trenera, nie ma prawa wygrać?

d) ile spustoszenia w głowie rozważnego przecież do 2011 roku pięściarza wprowadziły ciosy z walk z "ciężkimi"?

e) czy wie, że kiedyś był Góralem nokautującym i posyłającym na deski, a dziś jest Góralem któremu potrzeba przychylności sędziów w walkach z Chambersem i Cunninghamem?

Pytania można mnożyć. Odpowiedzi coraz trudniej znaleźć a czas pędzi nieubłaganie. Niestety każda kolejna walka daje coraz więcej znaków zapytania.  Tylko Góral jakiś zaprogramowany, przekonany o słuszności słów w które już chyba nikt poza nim nie wierzy. Moim zdaniem odpłynął, choć wygrana w starym, dobrym stylu z Głazkowem pozwoli zasiać ziarno niepewności. Oby.

02:43, wierzycastg , BOKS
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 lutego 2014

Powtarzał konsekwentnie: „Nie chcę być drugim Adamem Małyszem. Jestem Kamilem Stochem". W momencie kryzysu polskiej kadry skoczków, jeszcze jako młokos prosił dziennikarzy: „nie oceniajcie nas. Ciężko pracujemy". Dziś nie tylko żaden nie będzie oceniał. Każdy zaprzeczy, że pięć lat temu nie dawał wiary.

Porównań z Adamem Małyszem nie sposób uniknąć. Stoch przy Małyszu dorastał i czy chcemy to powiedzieć, czy wolimy przemilczeć, Adama Małysza konsekwentnie przeskakuje. Wyskoczył zza pleców starszego kolegi po raz pierwszy 11 lutego 2005 roku, kiedy w próbie przedolimpijskiej w Pragelato zajął znakomite wówczas 7 miejsce. Od tamtej pory stał się niejako ofiarą łatki „zdolnego następcy wielkiego mistrza". Polemizował z tymi stwierdzeniami – widać było, że ta presja mu przeszkadzała. W mediach apelował o chwilę oddechu, spokoju. Uciekał, bo dojrzewał. Frustrował się, bo jeszcze nie umiał sobie sam z tym poradzić.

Mijały lata kiedy budował sobie pozycję wicelidera kadry skoczków. Krzepnął przy mistrzu wysyłając delikatne sygnały, że idzie po swoje. Doszedł po raz pierwszy w 2011 roku wygrywając konkurs PŚ u siebie, w Zakopanem. Dwa lata później był już Mistrzem Świata i trzecim skoczkiem Pucharu Świata. Pobił rekord Polski w długości skoku (232,5 m ), stał się naturalnym kandydatem do medalu zbliżających się IO w Soczi.

I wtedy wrócili ci, którzy dmuchali balon z porównaniami, szansami i przewidywaniami. Koronowali Kamila zanim ten na dobre założył kombinezon i oddał pierwszy skok w sezonie. Ale jak przystało na wielkiego sportowca, Stoch wyciągnął wnioski. Od początku sezonu sprawiał wrażenie człowieka kompletnie zresetowanego. Obok buńczucznych śpiewów o medalach przechodził ze spokojem, ale i świadomością, że jest faworytem. Na próbę wystawiał go nie tylko spragniony sukcesu 40 milionowy Naród, ale również dyspozycja fizyczna która w pięć minut przed najważniejszym momentem kariery chciała spłatać mu figla.

Ale tak ona jak i rywale na skoczni nie byli w stanie mu podskoczyć. Równie wysokiej deklasacji na średniej skoczni próżno szukać w historii skoków narciarskich. Tak jak próżno znaleźć podobnie spokojną reakcję samego zwycięzcy. Bo jak powiedział sam Mistrz Olimpijski tuż po oddaniu zwycięskiego lotu: „Nie będziemy szaleć. Jeszcze dwa konkursy przed nami, robota czeka". Wypada tylko napisać – róbcie tak dalej. Brawo! 


piątek, 15 listopada 2013

Licencja Creative Commons 

photo by: woodleywonderworks

 

Śledzicie Radka Matusiaka na Weszło? Nie? To zacznijcie. Ilekroć czytam dziennikarzy, tylekroć mam wrażenie że ilu ich jest, tyle teorii na temat piłki nożnej. Dziennikarstwo sportowe jest trochę jak bycie prezenterem pogody. Wchodzisz do studia, pokazujesz na ekranie słoneczne prognozy po czym następnego dnia łapiesz się na tym, że lał deszcz a nie piekło słońce. Strój kąpielowy i olejek do opalania musisz zamienić na płaszcz i gumofilce...

Z pisaniem i mówieniem o sporcie jest podobnie. Choć historie są chwytliwe i często gotowi jesteśmy przyjmować je za głos rozsądku, bywają niezasadne. Bo redaktorzy domniemają: „Lewandowski nie strzela, bo nie może się porozumieć z Błaszczykowskim". „Zdaje się, że w kadrze tworzą się grupki podzielone na piłkarzy XYZ i ABC". „Waldemar Fornalik nie ma wpływu na drużynę, brak mu charakteru. Z tego powodu drużyna przegrywa". Tak – pisanie tezy pod osiągane w danym momencie wyniki. Gdyby kadra Fornalika wygrywała, napisaliby że „łagodny i przyjazny charakter szkoleniowca wyciszył i wyzwolił w drużynie pierwiastek zwycięzców". Nic prostszego. A ileż szlachetne! Znaleźć wytłumaczenie dla klęsk i zwycięstw.

Dlaczego podaję przykład kadry i co z tym wszystkim ma wspólnego Matusiak? Bo o reprezentacji za rzadko mówią i piszą ci, którzy wewnętrznie jej dotknęli. Ci, którzy wiedzą ile i jak rozgrywa się w głowach i mentalności. Mentalności, to słowo klucz – oręże sukcesów Leo Benhakkera a później i jego klęski.

Ale wróćmy do dziennikarzy. Rok temu po meczu z Anglią Roman Kołtoń wysyłał arie pochwalne pod adresem Fornalika. Mówił, że drużyna, która zremisowała z Synami Albionu, to twór trenera i jego wizja. Jasne. Wszystko byłoby okej, ale ten sam Kołtoń, po wpadce w Mołdawii pisał „Fornalik mydli oczy", po blamażu eliminacyjnym „Fornalik musi odejść". Fornalik, który miał mieć wizję i nadać zespołowi charakteru. Wreszcie ten, któremu kilkanaście tygodniu później tak namacalnie nie poszło. I nie jest to żaden przytyk, broń Boże! Zwyczajnie tłumaczył sobie Roman Kołtoń rzeczywistość na tyle, na ile mogła to zrobić osoba z zewnątrz. Dopóki jednak on, Borek, Pol czy Rudzki nie będą mieli wstępu do szatni, dopóty ten istotny element piłkarskiej rozgrywki dziennikarze sprowadzą do wniosków opartych o bezpośrednie cyferki. Matusiak, Kowalczyk i wielu innych wiedzieli jak wielką różnicę czyni odprawa, gest, niejednokrotnie zachowanie selekcjonera. 

Kołtoń jest tylko symbolem. Dziennikarzem, któremu płacą za to, że porozmawia o sporcie, sformułuje wnioski (nie zawsze słuszne) i je przedstawi. Weźmy pod lupę trwające zgrupowanie kadry pod wodzą nowego trenera. Marcin Feddek, komentator TME – zdarzało mu się relacjonować mecze Górnika Zabrze. Powinien świetnie znać metodykę pracy nowego selekcjonera. Tymczasem na zgrupowaniu konsternacja: „Jestem zbudowany, duża intensywność", „Trener zwraca uwagę na to jak ważne jest pierwsze podanie". Zdziwienie Feddka tym dobitniej pokazuje, jak wiele elementów może osoby niebędące bezpośrednio w kręgu zainteresowanych zaskoczyć. Oto znany z twardych treningów Nawałka aplikuje podopiecznym trudniejsze zajęcia niż mogliśmy się spodziewać. A jednak! Czemu więc nie sądzić, że determinacja i zdecydowanie Zbigniewa Bońka, by Nawałkę przywilejem selekcjonera obdarować, nie wynika z ich wspólnych doświadczeń z boiska i szatni? Że mimo nacisków na opcję zagraniczną, to Nawałka zdaniem prezesa ma w rękawie nie tylko asa, który urzeka Feddka i jemu podobnych, a całą talię Jokerów na zbliżające się Eliminacje Euro?

Obejrzałem wnikliwie dziesiątki wywiadów udzielonych przez Kubę Błaszczykowskiego. Ostatnio ten najświeższy Roberta Błońskiego ze sport.pl. Po niektórych pytaniach( w tym przypadku również) nasz kapitan uśmiechał się, wydaje się, z politowaniem. Sprawiał wrażenie zapytanego o coś, co zdaje mu się oczywiste, ale wyjawienie tej oczywistości wiązałoby się ze żmudnym tłumaczeniem procesów z szatni, z zamkniętych obiadów, odpraw. Dlatego tezy stawiane przez dziennikarzy są przy jego wiedzy absurdalne. A wiedza typowego Matusiaka bezcenna. On bowiem poczuł atmosferę kadry za zamkniętymi drzwiami. Mierzył się z presją podobną tej, którą mają obecni kadrowicze. Pisząc, że Benhakker był świetnym trenerem, nie mówi o taktyce czy osiąganych wynikach. Zwraca uwagę na zaufanie i szacunek – coś czego osoba trzecia nie jest w stanie poczuć, a co czasem bardziej niż umiejętności rzutować może na końcowy sukces.

Kiedyś ktoś napisał, że dziennikarstwo sportowe to wróżenie z fusów. Dlatego niezmiernie się cieszę, kiedy Łapiński, Węgrzyn, Wieszczycki, Żewłakow i inni którzy uprawiali ten sport na szczeblu dla nas nieosiągalnym, łapią za mikrofony i klawiatury by ten uśmiech politowania Błaszczykowskiego nam wyjaśnić. Bo prędzej on niźli dziennikarze, mogą mówić, czy zachowanie Nawałki robi na kadrowiczach dobre, czy złe wrażenie. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Zakładki:
Tagi