piątek, 08 sierpnia 2014

 

fot: http://www.kampaniespoleczne.pl/kampanie,2110,gwalt_jak_gdyby_nigdy_nic

W dwumeczu Legii z Celtikiem ten drugi nie powąchał murawy. Był żenująco słaby, obrzydliwie nudny i przeraźliwie przykry. W dyspozycji jaką prezentował, poległby pewnie z Flotą Świnoujście. Niestety rację miał Wojtek Kowalczyk: Legia została zgwałcona. Bo jak inaczej nazwać wykluczenie jej za 5 minut gry Bartosza Bereszyńskiego? Dzisiejszy dzień obnażył przykład polskości w najgorszym wydaniu, w kilku dziedzinach życia.

Wiele razy mi się to zdarzało. Za dzieciaka oglądając, jak polskie zespoły dostają oklep z rąk piłkarskiego trzeciego świata łudziłem się, że może w drużynie zwycięzców wystąpił nieuprawniony zawodnik, ktoś brał doping, albo jakaś inna, na pozór błaha formalność nie została spełniona. Szukałem dziury w całym, by odwrócić koleje losu i w następnej rundzie ponownie zobaczyć reprezentantów naszej kopanej. Pamiętam dwumecz Groclinu z Girordins Bordeaux. Polacy zebrali tam dość surową lekcję futbolu, ale ktoś mi wkręcił (bądź rzeczywiście pojawiła się taka plotka), że w hotelowych pokojach Francuzów znaleziono strzykawki. Sprawę śledziłem bacznie, nie myślałem o niesprawiedliwości, o sportowym wymiarze rywalizacji. Za wszelką cenę liczyło się by zespół z Grodziska przeszedł dalej. W życiu bym nie pomyślał, że jakieś 10 lat później, świadkiem podobnego zdarzenia będę, a jego bohaterem - najpierw w glorii chwały, a potem po wstydliwej stronie, stanie się polski klub.

Nie ma wątpliwości co do tego, że kara UEFA jest bardzo surowa. 5 minut gry Bereszyńskiego, przy ustalonej hierarchii wydarzeń nie wpłynęło w żadnym stopniu na sytuacje boiskowe. Chodzi jednak o fakty i zasady. FAKTEM jest, że w meczu wystąpił zawodnik, który nie miał do tego prawa. ZASADĄ, że w dużym klubie MUSI BYĆ osoba, której psim obowiązkiem współgrającym z poborem potężnej pensji , jest należyte sprawdzenie wszystkich formalnościNajgorsze jest, że w tej całej sytuacji zagrały czynniki tak bardzo polskie. Niechlujność, obsadzanie niekompetentnych ludzi na odpowiedzialne stanowiska, płakanie nad rozlanym mlekiem.

Przykład pierwszy: Znani dziennikarze sportowi. Rok temu naczytałem się od nich, że Legia strukturalnie, marketingowo i finansowo ucieka całej piłkarskiej Polsce a do tego dynamicznie goni zachód. Wmawiali mi wówczas, że w ciągu dwóch lat klub ten zawita do europejskiej elity, dzisiaj ci sami, jak dzicy szydzą na Twitterze z kierownik drużyny Marty Ostrowskiej, wymieniają ironiczne ćwierki nt. organizacji w klubie. Mądrzy po szkodzie, dzień w dzień chełpią się znajomościami w klubie, świetnymi kontaktami w instytucji o nazwie Legia Warszawa, ale żaden z nich sam nie dostrzegł, faktu wpuszczenia Bereszyńskiego na boisko. A przecież wiedza o przepisach nie jest na tyle ekskluzywną, by nie domniemać, że zawodnik ten nie powinien zostać wpuszczony na plac gry.
Przykład drugi: Wkurza mnie ta nasza idiotyczna przypadłość do obdarowywania stołkami ludzi niekompetentnych, umiejących jednak zakręcić się tam i ówdzie, uśmiechnąć w tę i we w tę. Sam chcę być zatrudniany dopiero tam, gdzie ludzie chcą mnie widzieć a moje umiejętności będą dawały jakość. A jak patrzę na dzisiejsze media, firmy, korporacje, to łapię się za głowy ilu ludzi okupuje posady z powodu znajomości, cwaniactwa, kombinatorstwa. W Legii (domniemam) wybrano również nie najlepszych, a być może jedynie najwierniejszych, najlojalniejszych, albo tych najładniej się uśmiechających. Niech 8 sierpnia będzie przestrogą przed tym, do czego takie działania prowadzą. Do strat parudziesięciu milionów złotych, że o emocjach, satysfakcji, wrażeniach i splendorze nie wspomnę.
Przykład trzeci: Dura lex sed lex. Prawo jest prawem. I nie ma przebacz. Inni mówią, że to gówno nie prawo, kiedy nie zakłada w takiej sytuacji kar finansowych. A wiemy już, na kilka godzin przed losowaniem par IV rundy, działacze UEFA robili wszystko by nie wypaczać wyniku sportowego i to Legię próbowali pozostawić na powierzchni. Niestety, nie mieli ku temu podstaw.
Przykład czwarty: Wszyscy skoncentrowali się na pluciu, poniżaniu i szydzeniu z Kowala ( Kowal też szydził, nie żebym go bronił), a nikt nie zajął się sprawami istotnie ważniejszymi – sprawami, które temu właśnie Wojciechowi Kowalczykowi nie pozwoliłyby tryumfować. W sytuacji tak frajersko przegranego meczu, jego wypowiedzi o gwałcie jakby nabierają nowego znaczenia. I wy, panie i panowie z Legii na to pozwoliliście.
Przykład piąty: My Polacy nie uczymy się na własnych błędach. Pachniało skandalem kiedy kilkadziesiąt godzin przed meczem Polska – Grecja na EURO 2012, działacze PZPN zorientowali się, że nie wysłali papierów potwierdzających obywatelstwo Eugena Polanskiego. Nie wyciągnięto wniosków, więc jedyne co pozostało to płacz i zgrzytanie zębami. A co najtragiczniejsze: UEFA wydała oficjalny komunikat. Gdyby Legia wygrała w Warszawie 5-1, zasądzony walkower 3-0 dla Celtów dalej premiowałby ją awansem. Co to oznacza? Że największą tragedią poza oczywiście karygodnym zachowaniem kierownictwa klubu, były pudła z rzutów karnych Ivicy Vrdoljaka. Wystarczyło postawić kropkę nad „i" a nawet rażące niedociągnięcia nie byłyby w stanie wyrzucić Warszawian z Ligi Mistrzów.

Aby nie mamrotać napiszę przewrotnie, żyje się dalej. Czemuś ta kompromitacja służyła. Może wyciągnięciu wniosków, może większej dbałości o szczegóły a może zwyczajnie dobrze się stało, że nie zaskoczyła nas w przeddzień świętowania historycznego awansu do fazy grupowej LM. Liczę na sportową złość całej Legii Warszawa, na okrągły stół przy którym usiądą działacze, sztab szkoleniowy, piłkarze i kibice. Przeprosiny i wspólne wyznaczenie celu awaryjnego, będzie najlepszym środkiem neutralizującym dramat jaki się wydarzył. Co miałoby ów celem być? Świetny stary w Lidze Europy, pokazanie tam pazura – tym samym drobnego prztyczka w nos Celtom, którzy w imię zwykłego błędu Legionistów zajmą należne Polakom miejsce. Niech chociaż Kowal powie o Was na wiosnę parę ciepłych słów. Cel jak znalazł. 

czwartek, 07 sierpnia 2014

 

Fajerwerkom nie było końca. Legia była niczym bogaty wczasowicz: po solidnej pracy w Warszawie, pojechała do Edynburga by odpoczywać. W rewanżu perfekcyjnie wykorzystała handicap uzyskany u siebie i kąsała rywala w stylu, jakiego w europejskich pucharach w wykonaniu nadwiślańskich drużyn nie zwykliśmy oglądać.

Mecz przy Łazienkowskiej był chyba największym dementi dla jednego z piłkarskich porzekadeł. Nie dość, że szybko zemściła się bramka strzelona przez McGregora, to jeszcze fatalne karne w wykonaniu Vrdoljaka pomsty nie znalazły. Znaleźli się za to Żyro i Kosecki i jak znalazł ułomność stwierdzenia „niewykorzystane sytuacje się mszczą" w 90-minutowej pigułce.

Nie nakręcałem się wiktorią Legii. Po pierwsze w Warszawie wystąpił Celtic przeraźliwie słaby, niechlujny, dawnego blasku drużyny bijącej Barcelonę nawet nie pamiętający. Po drugie pamiętałem, że nawet ten przeraźliwie słaby, straszący tylko z nazwy klub nieco częściej goszczący na peryferiach wielkiego futbolu od jakiejkolwiek polskiej drużyny, mógł się starym sobie zwyczajem w porę obudzić. Po trzecie, ile razy każdy z nas po 180 minutach walki o fazę grupową Champions League Wisły, Legii czy Lecha, krzyczał jak Boguś Linda „wiedziałem, że się spier*oli"? No właśnie. Realizm mieszał się z optymizmem. Czekałem na rewanż, informacje o braku transmisji wrzucając gdzieś pomiędzy science fiction a gówno z tabloidu.

Pomyślicie „debil" - jesteśmy po meczu w Edynburgu, a ten odgrzewa to, co dawno było i minęło. Nic z tych rzeczy. Robię to świadomie i z premedytacją, bo dzisiejszego meczu nie dane mi było oglądać, a relację z niego ograniczyłem do przekazu tekstowego w Internecie. Nie udało mi się chwycić nielimitowanego Internetu.
Nieuchwytny to zresztą słowo na dziś. Nieuchwytna była gra Legii dla Celticu, dla mnie i pewnie też wielu z Was, którzy nie załapaliście się na internetowy stream. Nieuchwytna była paręnaście dni temu dla Wojtka Kowalczyka, który łgał z Warszawian mówiąc o gwałtach, dziś zmuszony przyjąć salwy kpin z powodu swojej nieudolnej antycypacji.

Casus Kowala to zresztą zimny prysznic dla każdego z nas, dlatego muszę się nad nim pochylić. Ile razy  bowiem na głos wróżymy naszym ulubionym drużynom porażki, kpimy z nich wymownie, bawimy się w „zgaduj zgadula", by po zaskoczeniu rezultatem chować się wstydliwie za kotarą? „Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień" – winni zacytować fani z Żylety miast wyzywać jedną z barwniejszych postaci swego klubu. Mam nadzieję, że rozejdzie się po kościach, Wojtka cała sytuacja nauczy trochę pokory, Żyletę odrobinę więcej wstrzemięźliwości.

Wystawienie not piłkarzom Legii zostawię tym, którzy byli albo widzieli, natomiast Legię jako drużynę, kolektyw i załogę trenera Berga pragnę pochwalić w ciemno. Zawsze staram się wyczytać dyspozycję drużyny, atmosferę, poprzez gesty jej piłkarzy. Jeden z takich gestów, który przykuł moją uwagę miał miejsce tuz po końcowym gwizdku sędziego po meczu przy Łazienkowskiej. Spodobała mi się reakcja trenera Berga, który podszedł w pierwszej kolejności do Ivicy Vrdoljaka, szepnął mu coś do ucha, dodał wyraźnie przygnębionemu otuchy. Mógł przecież w euforii panującej na ławce oddać się radości pozostałej części drużyny, ale wolał zsolidaryzować się z jej kapitanem, okazać zrozumienie. Drobny ale wydaje mi się bardzo ważny gest budujący pozytywną atmosferę.

Na koniec jeszcze słowo o baloniku. Powoli zacznie się go pompowanie, bo Celtic marketingowo to wyższa półka od Litexu i Molde. A i tęskno nam do tej Ligi Mistrzów, więc piłkarzy z Warszawy pchać będziemy jak Rafała Majkę redaktorzy Jaroński z Wyrzykowskim. Ja już dziś, mam nadzieję, że bardziej udanie od Wojtka Kowalczyka, wywróżę Legii Łudogorec Razgrad. Obok takich firm jak BATE Borysow, APOEL Nikozja czy Steaua Bukareszt, bułgarski zespół wygląda najmniej poważnie, reprezentuje kraj piłkarsko bardziej ubogi a i skład wielkiego szału nie czyni. Oby tylko oba spotkania IV rundy były dostępne w polskiej telewizji. W przeciwnym wypadku prędzej niż popcham telewizor niesiony dopingiem, wypchnę go przez okno. Ze złości.

Zakładki:
Tagi