środa, 31 sierpnia 2011

Fot. Mindaugas Kulbis AP

 

Całego meczu polskich koszykarzy z zespołem Hiszpanii nie oglądałem. Zdążyłem włączyć telewizor pod koniec trzeciej kwarty. Już wtedy dziesięciopunktowa przewaga Mistrzów Europy z sześcioma zawodnikami NBA na czele wydawała się bardzo dobrym wynikiem polskiej kadry.

Mimo braku liderów w postaci Gortata, Lampego czy Ignerskiego dostrzec można było walkę, brak respektu dla rywala, oraz dobrą chemię między zawodnikami. Ostatecznie skończyło się na 83:78. O porażce zadecydowały błędy własne i brak doświadczenia. Jest zaś w grze naszych reprezentantów światełko w tunelu, światełko, które może(choć nie musi) rozpędzić ciemne chmury nad krajowym basketem.

Mam nadzieję, że w miarę trwania turnieju, wiążąc  sznurki koszykarskiego rzemiosła, stworzymy zgrany kolektyw, który powalczy z gospodarzami, pokusi się o realne zwycięstwo z Portugalią i zbierze doświadczenie w drugiej fazie mistrzostw.

Bez względu na wynik wyczyny naszych rodaków śledzić będę z uwagą. Następne dni dadzą odpowiedź na pytanie, czy marsz naszych koszykarzy będzie motorem napędowym dla mało popularnej i zapomninej ostatnio dyscypliny, czy ucichnie równie szybko jak ten sprzed dwóch lat na ziemi ojczystej. Jest o co walczyć panowie.

piątek, 19 sierpnia 2011

foto: eurosport.pl

 

Jest środek sierpnia. Dla zachodnioeuropejskich klubów powoli zaczyna się sezon piłkarski. Drużyny z Hiszpanii, Portugalii, Włoch, czy Niemiec niebawem zaczną zmagania na arenie międzynarodowej. My, Polacy, a raczej nasi ligowcy już zaczęliśmy. Od zachodnich kolegów po fachu jesteśmy szybsi, zwinniejsi i skuteczniejsi.

Pierwsza, już na przełomie czerwca i lipca, z bloków wystartowała białostocka Jagiellonia(dla przypomnienia rewelacja poprzedniego sezonu, kandydat do mistrzowskiego tytułu, mająca w swoim składzie króla strzelców Ekstraklasy-Tomasza Frankowskiego). O tym, że był to falstart zapomnieliśmy bardzo szybko. Nie ma się zresztą co dziwić. Porażka w dwumeczu z kazachską drużyną nie była przykrym wyjątkiem, lecz dwuletnią normą potwierdzającą regułę. Optymizm zatem pozostał.  W odwodzie mięliśmy przecież jeszcze Mistrza Kraju, Wicemistrza, oraz zdobywcę Pucharu Polski. Grono szlachetne, toteż nadzieje górnolotne.

Już w pierwszych swoich startach nasze nadzieje pokazały kwintesencję piłki nożnej. Mistrzowska Wisła Kraków, rozbiła silne łotewskie Skonto Ryga odpowiednio 1-0 na wyjeździe i i 2-0 u siebie. Rewelacyjny Śląsk Oresta Lenczyka w tym samym czasie pokonał słynne szkockie Dundee United 1-0 u siebie i wywalczył awans heroicznym wynikiem 2-3 na piekielnym gruncie w Szkocji. Dopiero w następnej jakże dalekiej III rundzie kwalifikacyjnej do naszych dwóch piłkarskich towarów eksportowych dołączyła Legia Warszawa. Piłkarze ze Stolicy zdetronizowali na oczach całego świata Gaziantepspor 1-0 na wyjeździe i przy imponującym 0-0 u siebie przeszli do IV rundy eliminacyjnej. W tym samym czasie Wisła tłukła mistrza Bułgarii Liteks(2-1 i 3-0), a Śląsk odprawiał z kwitkiem będący obecnie na 14 miejscu w silnej Bułgarskiej lidze- Lokomotiv Sofia(po karnych)

Te heroiczne boje na tyle napoiły nas dumą,(wszak najstarszy kibic nie jest w stanie zapamiętać sezonu, w którym trzy nasze drużyny w sierpniu wciąż biją rywali z zagranicy) że losowania przeciwników- Mistrza Cypru, czy też obrzydliwie bogatego rosyjskiego średniaka nie mogły być niczym innym jak sukcesem i łutem szczęścia. Jeszcze przed spotkaniami dopisywaliśmy punkty. Nie zmieniły nastrojów nawet słynne juz zdania dziennikarzy, które w dobrym tonie jest wypowiedzieć przed każdą rywalizacją z polską drużyną- tu cytat- "rywale są lepiej wyszkoleni technicznie".

Wisła planowo wygrała z silnym Apoelem. Mimo, że rywalizacja wciąż trwa dziennikarze już odtrąbili sukces naszych w europejskich pucharach. Nie zmąciły entuzjastycznych nastrojów nawet niekorzystne z perspektywy rewanżów wyniki Legii (2-2 ze Spartakiem), oraz Śląska(1-3 z Rapidem). Należy się cieszyć, że wygrywamy długo(w najgorszym razie udział zakończą za tydzień Legia i Śląsk, a Wisła zagra w LE), oraz zdobywamy jakże cenne doświadczenie. Niech choć jeden z naszych walczaków wywalczy awans do następnej rundy, a nosić się z zachwytu będziemy jeszcze przez długie miesiące. Bo jeśli nie możemy już chełpić się równymi potyczkami z Panathinaikosem, Borussią Dortmund, czy Atletico Madryt, to chociaż radujmy się, że Skonto, Dundee i Lokomotiv dzięki nam tych najsilniejszych w Europie już nie nękają.

Taka jest nasza rola i rolę tę wszyscy- kibice, media, a przede wszystkim zawodnicy, spełniamy zawodowo. Jedno tylko pytanie nasuwa się na koniec:

Czy to my zrobiliśmy krok w przód w tym roku, czy to otchłań prawdziwego futbolu jest coraz głebsza i czarniejsza?

niedziela, 14 sierpnia 2011

 

foto: Agencja Gazeta

 

Do meczu Lechii Gdańsk z Cracovią zostało kilka godzin. Nie jest to może na co dzień wydarzenie na tyle popularne, by trąbiły o nim wszystkie gazety, telewizje i portale- wabikiem zatem wartym 40 tysięcznej publiki na stadionie i pewnie kilkumilionowej przed telewizorami będzie nowo otwarta PGE Arena. Sukces  jakim rozpromieniła się Arena nad Bałtykiem podczas dni otwartych kilkanaście dni temu tylko podgrzewa atmosferę przed pierwszym gwizdkiem sędziego. I choć w wartość sportową meczu można by powątpiewać- grają ze sobą 14-sta i 15-sta drużyna w tabeli Ekstraklasy, to biorąc pod uwagę ambicję jednych i drugich, spotkanie zapowiada się bardzo interesująco.

Dla Lechii przeprowadzka na nowy stadion to wydarzenie epokowe. Nowy stadion, nowe nadzieje i cele. Od poniedziałku, kiedy udostępniono sprzedaż biletów, po dziś dzień, nie ustają kolejki kibiców, którzy szturmują kasy. Sklepy z pamiątkami pobiły rekordy sprzedaży szali, kubków, proporczyków, czy limitowanych koszulek przedstawiających wizerunki stadionu przy Traugutta i nowej areny. Do wczoraj do godziny 21:20 w kasach pozostawało jeszcze 2500 biletów. W sektorach kibicowskich Lechii Gdańsk w Sobotę biletów już nie było. Wiemy zatem, że zainteresowanie spotkaniem przerosło oczekiwania organizatorów.

 

Na pewno taki boom na mecz biało-zielonych nastraja włodarzy klubu pozytywnie. Ostatnio tak liczną publikę gdańscy piłkarze zgromadzili w meczu z Juventusem Turyn 28 lat temu. Dużo trudniejszym zadaniem, będzie próba przekonania tej wielkiej grupy kibiców do przybycia na stadion ponownie. Nie jest tajemnicą, że średnia widownia na meczach biało-zielonych w zeszłym sezonie wynosiła ok. 8 tys. Łatwo więc wywnioskować, że znaczne grono tych, którzy przybędą na mecz, to ludzie chcący zobaczyć stadion, atmosferę, poczuć coś nowego. Sęk w tym, by tych ludzi na PGE Arenie zatrzymać na dłużej. A to nie będzie takie łatwe. Pierwszym warunkiem będzie zwycięstwo Lechii. To jej kibice mają zapełniać stadion i zapewne znacząca większość również dziś przywdzieje barwy biało-zielone. Drugim ważnym czynnikiem determinującym publikę do przybycia na mecze rundy jesiennej będą rozwiązania infrastrukturalne. Organizatorzy jeśli poradzą sobie dzisiaj i grupę kilkudziesięciu tysięcy ludzi sprawnie rozprowadzą przed meczem na stadion, a po meczu do domów, unikając chaosu zyskają dużo więcej niż może się wydawać. Ostatnią, ale jakże istotną rzeczą będzie samo bezpieczeństwo i atmosfera na stadionie. Jeśli widowisko obędzie się bez chuligańskich wybryków, to na meczach Lechii regularnym widokiem będzie przychodząca na mecz rodzina.

 

Te kilka punktów może okazać się w najbliższym czasie kluczowe wobec sukcesu marketingowego drużyny biało-zielonych. Bursztynowa arena ma możliwości by być trampoliną wielorodzajowych sukcesów. By tłumy na PGE Arenie nie były jednorazowym wyskokiem szansę trzeba wykorzystać. W przeciwnym wypadku nasilą się pytania o utrzymanie obiektu i sens gry na tak dużym obiekcie. Powodzenia Lechio!

 



Zakładki:
Tagi