środa, 15 maja 2013

- Oglądałem Janowicza, bardzo mi się podobał, ale w starciu z Jo-Wilfriedem Tsongą daję mu tylko 10 proc. szans na zwycięstwo - mówił przed meczem II rundy turnieju ATP w Rzymie komentator Eurosportu Witold Domański. Nie przytaczam jego wypowiedzi, by nazwać go durniem - jeszcze kilka godzin temu pod zdaniem pana Witolda podpisałbym się obiema rękoma. 

Bo przecież domniemywać można, że młody i ze świetnym serwisem, zadziorny i z zabójczym forehandem, ale na fizycznie idealnego, taktycznie wzorowego Tsongę nie miało prawa to wystarczyć. Nie miało? A jednak! Polak po raz kolejny udowodnił, że jego żadne prawa na korcie nie obowiązują. Jak czuje się skrzywdzony, to krzyczy i kłóci się z sędziami. Jak gwiżdżą na niego to podkręca atmosferę i robi im na złość przy okazji świetnie się bawiąc. Wreszcie jak ma przegrywać, wygrywa.

Janowicz to przypadek niecodzienny. Mimo młodego wieku, na tenisowe realia to zawodnik o kapitalnie wyćwiczonych elementach kortowego rzemiosła. Serwis opanowany niemal do perfekcji, znakomity forehand i nierozszyfrowany jeszcze przez rywali drop shot. Dystans jaki dzieli go do ścisłej czołówki jest wciąż spory ponieważ Polak nie potrafi jeszcze grać równo. Zagrania bajeczne, pokazywane po wielokroć w powtórkach przeplata serią nieudanych smeczów czy skrótów. Co gorsza, proste błędy przytrafiają się Jerzykowi w najważniejszych momentach spotkań. Ale za to właśnie jest uwielbiany. Funduje kibicom dramat  powodowany nonszalancją, by za chwilę czterema asami w 30 sekund zakończyć gema. I oni wiedzą, że Janowicz robi to dla nich i pod nich.  Nie zawsze daje to końcowy efekt, ale dziś w meczu z ósmą rakietą świata zadziałało.

 

Ze spotkania na spotkanie Łodzianin rozwija swoje umiejętności, uczy się nowych zagrań. Jeśli tempo jego rozwoju utrzymywać się będzie na podobnym poziomie, powinien w ciągu kilkunastu miesięcy znaleźć się w czołowej dziesiątce rankingu światowego. Musimy jednak pamiętać, że mecze w wykonaniu Jurka nie będą kopią  wzorowych spektakli Novaka Djokovicia i Rogera Federera. Nie znajdą w sobie też polotu jak u Gaela Monfilsa.  Wyznaczą za to nową, cenioną przez widownię jakość. Z Polski. 

czwartek, 02 maja 2013

foto: guardian.co.uk

Była 45 minuta, gdy Howard Webb zaprosił piłkarzy do szatni podczas ciepłego wieczoru na Camp Nou 8 kwietnia 2009 r. Na zegarze widniał wynik 4-0, a nieopodal na murawie stadionu, przy akompaniamencie wiwatujących kibiców, zdruzgotanego, zapłakanego Francka Ribbery'ego pocieszał Lionel Messi.

 

To był mecz ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wszyscy współczuli wtedy Bayernowi. Ledwie 45 minut wcześniej gracze z Bawarii mieli uzasadnione marzenia o równorzędnej walce w stolicy Katalonii. Nie przegrali bowiem w tamtej edycji Ligi Mistrzów jeszcze meczu, urządzili sobie kanonadę w dwumeczu ze Sportingiem a i oponenci krytykowani byli za tracenie gradu bramek. Szybko jednak okazało się, że brutalność futbolu sięga dalej niż piękna wyobraźnia Bawarczyków. Jeszcze przed upłynięciem kwadransa Eto'o, później dwukrotnie Messi, a pod koniec pierwszej połowy Henry, wykonali na rywalach egzekucję brutalną do tego stopnia, że największy twardziel boiskowy- Franck Ribery płakał w kołnierz pocieszającemu go piłkarzowi rywala. Sytuacja na tyle niespotykana, że hiszpańska Marca nazwała ją w ówczesnej korespondencji mianem „nie z tej ziemi".

 

Ten sam Messi, który władował wówczas dwa gole w dwadzieścia minut, dziś czuł niemoc nieporównywalnie większą. W przeciwieństwie do reprezentanta Trójkolorowych, zmagał się nie tylko z niedoścignionym rywalem, ale co gorsza, z własną kontuzją.

Tragizm Messiego polegał na jaźni, bo przecież bez jego gry Barcelona nie istnieje. Miał świadomość bycia jej motorem napędowym, a zarazem tym, na którego najbardziej liczą i którego za porażkę w pierwszej kolejności obarczą. A mimo to spotkanie oglądał z ławki rezerwowych. Dlatego, że musiał, czy półfinał mimo wcześniejszych zapowiedzi odpuścił trener Vilanova? Odpowiedź na to pytanie niczego już nie zmieni. Mnie interesuje jedno:
Co w pamiętny wieczór sprzed ponad czterech lat powiedział Messi Ribery'emu? Jeśli chciał mu współczuć, to od dzisiaj nie musi. Ten drugi wyrównał rachunki. Z nawiązką. 

Zakładki:
Tagi