czwartek, 03 kwietnia 2014

fot: Peter F./ https://www.flickr.com/photos/peterfuchs/5674737749/in/photostream/

 

O różnicach w dzisiejszym futbolu decydują niuanse. Wysublimowane do granic możliwości rozwiązania taktyczne promują futbol drużynowy, niwelując wartość jednostki. Tym cenniejsi więc są ci, którzy w tej drużynowej matematyce skorzy są do robienia czegoś nadto. W Dortmundzie ta wartość dodana to Marco Reus i Robert Lewandowski.

Uwielbialiśmy patrzeć na zeszłoroczne popisy Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów. Choć skazywana na porażkę, stawiała czoła największym. Naprzeciw gwiazd wysuwała machinę zgraną, budowaną świadomie, atrakcyjną dla oka. Twór kompletny, który stawiał Jurgena Kloppa do rankingu największych trenerskich objawień.

I nie dziwota. Wszystkie mikroelementy, które łączyły się w drużynę-giganta, finalistę Ligi Mistrzów i głównego jej faworyta Niemiec stworzył własnymi rękami, od podstaw. Za relatywnie małe pieniądze sprowadził do Dortmundu graczy, którzy w trzy sezony stali się futbolistami europejskiej klasy. Nie indywidualnej, lecz zespołowej, wspartej pojedynczymi przykładami gwiazd kompletnych, takich jak Robert Lewandowski, czy Marco Reus.

Monolit budowany bardzo mozolnie ale i konsekwentnie. Imponujący – ale co było wiadomo od bardzo dawna – bez zaplecza. Wystarczył brak któregoś z elementów układanki, a ta momentalnie kładła się jak Jenga. Obserwowaliśmy to wyraźnie w Bundeslidze. Nie sprzedaż zawodników powodowała zadyszkę Dortmundczyków – tych oddawanych jak Mario Gotze czy Shinji Kagawa, niemiecki trener potrafił zastępować Gundoganem czy Reusem. Problemem jego układanki była i jest plaga kontuzji połączona z „urodzajem" niedoświadczonych zmienników.

Gładkie 3:0 Realu jest zaskoczeniem? Nie, bo tam gdzie Schmelzer dośrodkowywałby w lewym sektorze wprost na głowę Lewandowskiego, Durm nawet nie zdołał się zapędzić. W miejscu gdzie Sven Bender przeciąłby prostopadłe podania sunące do Ronaldo i Bale'a, Nuri Sahin bał się podejmować decyzje. W sektorach boiska gdzie rządzi Robert Lewandowski, ściąga na siebie 2-3 rywali, błyskotliwie oddaje piłkę Marco Reusowi, dziś z konieczności był Aubameyang. Pierre Emerick, którego głównym i chyba jedynym w porównaniu do Lewandowskiego atutem jest szybkość. W momentach kluczowych, kiedy wystarczyło odpowiednio przyłożyć stopę do futbolówki, bezładnie plątał się we własnych nogach. Zamiast zagrażać bramce rywala, szybko dał argument jego obrońcom do odprężenia się.
Borussia na Santiago Bernabeu miała sporo sytuacji bramkowych. Naprawdę. O ich niepowodzeniach zdecydowały detale. Ułamek sekundy później podejmowana decyzja, zagranie z przyjęciem piłki, niepotrzebny zwód. Wszystko to, co złożyło się na dzisiejszą porażkę, a czego nie było w ubiegłym roku wynikało właśnie z niekompletnego czynnika zastępczego. Ale czynnika na tyle istotnego, że determinującego rezultat.

Padło słowo mikroelementy. Dzisiejszy brak podań, płynności, zaufania, pomyślunku, zgrania i polotu to właśnie deficyt mikro. Ale brakowało tego też co w BVB jest makro. Tercetu Gundogan – Reus – Lewandowski. Każdy z wymienionych na boisku bez drugiego i trzeciego traci wiele ze swojej znakomitości. Można więc wyobrazić sobie ile możliwości kreacji wraz z absencjami wymienionych zabrakło w grze Marco Reusa. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie że tamta, zeszłoroczna Borussia miałaby szanse oczekiwać rewanżu w dużo lepszych nastrojach.

Gdybanie jednak nie ma za wielkiego sensu. BVB na tle Realu wyglądała dzisiaj jak amator w kapciach na lodowisku otoczony zawodowymi łyżwiarzami. Jeśli więc Klopp zostanie w Borussii, czeka go najtrudniejsze zadanie: restrukturyzacja tworu, który jeszcze niedawno był symbolem wielkości a dziś ślizga się nieporadnie nawet w starciach z Hamburgerem SV. Po dzisiejszym dniu trener ma ułatwione zadanie – wie, że Schieberem, Friedrichem, Durmem, a nawet Aubameyangiem i osamotnionym Reusem - wyników nie da się oszukać. 

Zakładki:
Tagi