piątek, 11 marca 2011

foto: getty images

Zajawkę na jego popisy futbolowe miałem ogromną. Codziennie próbując znaleźć potencjalną gwiazdę środka pola w polskiej reprezentacji, jego nazwisko- razem z niepokornym Burkhardtem wymieniałem jednym tchem. Te magiczne gole w lidze portugalskiej, ten charakter chłopaka z łódzkich Bałut- właśnie takich zawodników jak Przemek Kaźmierczak lubię najbardziej. Serce mocniej mi zabiło, kiedy oglądałem skróty z Champions League, a tam Przemek w barwach FC Porto asystował przy bramce Lisandro Lopeza. Do dziś pamiętam jego grę do 66 minuty. Wtedy Kaza zmienił Raul Meireles. Cóż za czasy...

Zawodnicy wymieniani w jednym szeregu z Przemkiem to obecnie gwiazdy odpowiednio Lyonu i Liverpoolu. Ten pierwszy strzelił dla zespołu ze Stade Gerland w 33 meczach 15 bramek. Ten drugi po sześcioletniej przygodzie w Porto został kupiony przez The Reds za 14 mln funtów! Warto przy tym wspomnieć, że Meireles tak samo jak Kaźmierczak grał w Boaviscie Porto, jednak w przeciwieństwie do Polaka grą swą nie zachwycał.

Takie bramki w Portugalii strzelał Kaźmierczak:

Niestety Kaźmierczak nie zrobił kariery w FC Porto, choć po sukcesach z Boavistą zagrał nawet w meczu gwiazd ligi portugalskiej, zmieniając samego Zinedine Zidane'a. Od tamtego czasu jego kariera mocno zwolniła tempa. Po 11 występach w ciągu dwóch lat gry w Porto, zawodnik urodzony w Łęczycy przeniósł się do Derby Country. Zarabiał tam 10 tys. funtów tygodniowo, angielskich boisk jednak nie udało mu się podbić. Były reprezentant Polski powrócił do ligi Portugalskiej, gdzie w słabiutkiej Vitorii Setubal miał być gwiazdą drużyny.

Roczna, raczej dość smutna przygoda z portugalskim średniakiem zakończyła się w Sierpniu 2010 roku, kiedy to Śląsk Wrocław poinformował, że nowym zawodnikiem klubu z Dolnego Śląska będzie właśnie Kaźmierczak. Po kilkunastu występach Kaz jest jednym z liderów WKS-u, strzelił już w tym sezonie 6 bramek w Ekstraklasie, co daje mu miano najlepszego strzelca zespołu w obecnym sezonie Ekstraklasy.

Jak co tydzień, tak i teraz kibice będą liczyć na swojego faworyta. O tym, że dziś o godz. 20 na stadionie Legii brylować może właśnie pomocnik Śląska niech świadczy historia. Grając w Pogoni Szczecin, to własnie Legii Kaźmierczak strzelił bramkę roku w Ekstraklasie:

Swojego jedynego gola w reprezentacji 28-letni zawodnik zdobył... przy Łazienkowskiej.

Jak będzie dziś? Czy rozpromieniona po Derbach Warszawy Legia pójdzie za ciosem i pokona Wrocławian? A może właśnie Kaźmierczak przesądzi, że komplet punktów pojedzie na Śląsk?

Faktem jest, że to bramka zdobyta przeciwko Legii była trampoliną późniejszego sukcesu byłego Reprezentanta Polski. Czy dziś mając szansę odbić się wysoko i nie spaść Kaźmierczak chwyci ją w sposób należyty? Odpowiedź od godz 20.

czwartek, 10 marca 2011

foto: redlog.pl

Pisałem w zeszłym roku o moich refleksjach na temat ówczesnego meczu Barcelony z Arsenalem. W tegorocznej 1/8 finału scenariusz łudząco się powtarza. I choć wtedy rzuciłem tytuł "Młodzież wciąż dojrzewa" pastwiąc się nad szczeniackim futbolem londyńczyków, dziś zacznę Wengerem i na Wengerze skończę.

Tuż po rewanżowym meczu z Barcą boss z Emirates zapytany o refleksje na temat meczu powiedział:

Sedzia zabił fantastyczny mecz. Jeśli to byłby drugi, brutalny faul, to druga żółta kartka jest oczywista. Ale sposób w jaki sędzia wykluczył z gry naszego piłkarza jest zawstydzający. Jeśli kochasz futbol, jeśli grałeś na odpowiednio wysokim poziomie, ta decyzja jest niezrozumiała

 

Jeśli ktoś zabił fantastyczny mecz, to na pewno w większym stopniu podopieczni francuskiego szkoleniowca, niż Massimo Bussaca. Kanonierzy jako pierwsza drużyna w liczonej skrupulatnie od 2003 roku historii champions League nie oddali... żadnego strzału na bramke rywala! Jedyny na atakowaną przez nich bramkę, a pozwalający jeszcze liczyć się zawodnikom z Londynu w grze, oddał....zawodnik blaugrany- Sergio Busquets. Niestety szkoleniowiec The Gunners wespół ze swoim podopiecznym Samirem Nasrim fakty zostawili w domu. Pal licho, czy Van Persie słyszał gwizdek, czy nie. Swoją przydatność zespołowi pokazał marną bezbarwną pierwszą połową.

Nostradamusowska antycypacja ponosiła Francuza coraz bardziej:


Widziałem, że Barcelona dała z siebie wszystko w pierwszej połowie gdy zostaliśmy kompletnie zdominowani - z tym się zgadzam. Ale w drugiej połowie mieliśmy więcej miejsca i czułem, że mamy szansę wrócić do gry. Jestem przekonany, że wygralibyśmy mecz.

Trener Kanonierów zapomniał o nieuznanej bramce Messiego z pierwszego meczu. Świetnie wengerowskiej  idyllistycznej wizji drugiej połowy przeciwstawił się Pep Guardiola wytykając przeciwnikowi niemożność wyprowadzenia trzech podań.

Mógłbym się z Arsene'm założyć o wszystko, że meczu na Camp Nou by nie wygrał. Wenger nie wyciągnął wniosków z zeszłego roku. Tak teraz jak i wtedy pozbawił swojego zespołu tego, co najbardziej jego team kocha- ataku. Po półmetku zarówno rok temu jak i teraz, zadowolił się rezultatem korzystnym stawiajac autobus przed własną bramką, zapominając jednocześnie, że taki akurat sposób gry jego chłopcom wychodzi najgorzej. Efekt sami znacie.

Jeszcze tylko wypada słówko o wielkiej Barcie. Drużyny tak pięknie grającej, tak bajecznie czarującej, wreszcie tak regularnie wygrywającej w swoim życiu jeszcze nie widziałem. Byli rewelacyjni Galacticos, czarowali też niesamowicie nie dając siebie pokonac w Premiership chłopcy antybohatera mojego dzisjeszego wpisu, ale w tym wszystkim brakowało tego czegoś. Czegoś, co jest tak bajeczne, że tylko takim bliżej nieokreślonym zwrotem mogę tę grę nazwać.

 

PS: W zeszłym roku rewelacyjnie Arsenalowi ratował skórę Almunia. w tym roku szło mu podobnie. Czyżby miał patent na Barcelonę?

PS 2: Fabregas zagrał na zero. Szukając analogii, przypomnijcie sobie występ sprzed roku...


Zakładki:
Tagi