piątek, 02 listopada 2012

 

fot. Fot. IAN LANGSDON / PAP/EPA

Grudzień zeszłego roku. W Multikinie w warszawskich Złotych tarasach odbywa się gala 90-lecia Polskiego Związku Tenisowego. Obok głównego punktu programu- filmu Janusza Zaorskiego o historii tenisa, przemówienia zaproszonych gwiazd polskiego tenisa.

O swoich sukcesach w 2011 r.  opowiada  Agnieszka Radwańska, nasz debel Fyrstenberg/Matkowski oraz wzruszony sukcesami w wielkoszlemowych Roland Garros i Wimbledonie Łukasz Kubot. W kuluarach mówi się jak będzie wyglądał następny rok- część ekspertów nazywa Michała Przysiężnego polskim Federerem,  inni wierzą w powtórkę sukcesów Radwańskiej i wejście do pierwszej 30-stki Kubota.

Niewielu mówi o bardzo wysokim chłopaku z Łodzi, 221 w rankingu ATP Jerzym Janowiczu. On sam wtedy konsekwentnie jeździ po mniej prestiżowych challengerach, zbiera doświadczenia.  Pytany we wrześniu ubiegłego roku o koszty sportu który uprawia, stwierdza, że wciąż jest jeszcze na minusie(więcej włożył „do interesu” niż z niego zarobił), rodzice sprzedali sześć sklepów, by syn mógł kontynuować zawodową karierę.

Rok 2012 Janowicz zaczyna od przykrej porażki z rąk Brytyjczyka zamykającego piątą setkę rankingu ATP. Nikt nie sądzi, że za kilka miesięcy będzie najlepszym polskim tenisistą, nadzieją na wielkie zwycięstwa i łakomym kąskiem mediów. W jego sukcesie intryguje może nie tyle liczba zwycięstw a stężenie dramaturgii, sposób eksponowania swojej radości i wiary we własne możliwości. Facet w ciągu jednego tygodnia pokonał 19, 15, 3, i 9 rakietę świata, takiej historii w księgach polskiego tenisa nie sposób znaleźć. Szaleństwo i fantazję przeplata stoickim spokojem przy piłkach meczowych dla rywala, w dodatku aspiruje do miana „tenisowego odkrycia sezonu”. Opierając się tylko na rankingu, jutro „Jerzykowi” przyjdzie  zmierzyć się z najsłabszym rywalem turnieju, ale nawet w tym wypadku znów nie będzie faworytem.  

Bo trudno doszukiwać się faworyta w anonimowym kwalifikancie, jedynym tenisiście, który nie doczekał się swojego profilu na oficjalnej stronie turnieju. A, że Janowicza nie można lekceważyć udowodnił już wcześniej. Dotarł do ćwierćfinału ATP w Moskwie, w imprezach rangi Challenger legitymuje się bilansem 33-9, w paryskim starcie swą doskonałą grą porwał nawet znakomitego trenera Brada Gilberta, który namaścił go jako przyszłego gracza top 10.

Skąd takie referencje? Janowicz jest stosunkowo młody, ma 22 lata i w perspektywie ogrom czasu na zebranie doświadczenia. Jego największym atutem są świetne warunki fizyczne(203 cm wzrostu) i atomowy serwis. Z początku przypominał mi swoją grą amerykańskiego wielkoluda Johna Isnera, ale teraz takie porównanie byłoby z pewnością dla Łodzianina krzywdzące. Wady? Oczywiście jest ich sporo, ale i sporo będzie miał okazji by je wyeliminować. Póki co Janowicz ma swoje pięć minut. Wygrywa, gra najlepiej w karierze i wprawia w zachwyt Polskę i świat. W niczym nie przypomina tenisisty sprzed roku. Na ten czas nam, zagotowanym kibicom to musi wystarczyć. To inny Janowicz, to nowy Janowicz.

Zakładki:
Tagi