środa, 30 listopada 2011

fot: Fot. Czarek Sokolowski AP

Nie miałem okazji oglądać wczoraj oficjalnego ważenia przed walką Greena z Krzysiem Włodarczykiem. Dopiero dziś, tuż przed walką zobaczyłem zajawkę. Napisałem wówczas na facebook-u:

 

Krzysiu wygra! Widzieliście jego oczy! Jest pewny, spokojny, lepszy od Greena. Powodzenia Diablo!



Każda kolejna runda kazała mi myśleć, że się pomyliłem. Pierwsze trzy starcia przebiegły całkiem spokojnie. Późniejsze minuty walki jednak zaskoczyły mnie. Typowy puncher, jakim jest Green czekał, mądrze atakował i punktował "Diablo". Po dziesięciu rundach, starając się realnie wejść w kompetencje sędziów, którzy, jak to zwykle bywa, zapisują rundy na konto gospodarza, wyszła mi smutna matematyka 8, 9 rund dla Greena i tylko 1-2 dla Włodarczyka.

Pomyślałem sobie: "Od kogo zależeć teraz będzie wynik tej walki". Odpowiedzi próżno było szukać. Od silnego ciosu Włodarczyka? Od błędu Greena? Przecież Australijczyk przez 9 rund wzorcowo realizował taktykę najlepszą z odpowiednich, by odebrać pas Diablo. Każdy przestrzelony lewy prosty mistrza obgryzał mi paznokcie. W końcu, gdy zaczęło mi ich brakować, przypomniałem sobie pierwszą walkę Włodarczyka z Fragomenim. Tam, we Włoszech po kilku rundach Polak również wyraźnie przegrywał, by w jednej rundzie trafić tak, że reszta starć należała tylko do niego. Wracałem też pamięcią do drugiego pojedynku Diablo z Fragomenim. Denerwowaliśmy się, dlaczego Krzysztof czeka, czemu nie ma zdecydowanych kombinacji ciosów. Tuż po walce, jeszcze na ringu, dziękując kibicom przyznał, że czekał celowo, by w odpowiednim momencie trafić.

Jak było dzisiaj? Czy również wyczekiwał, wiedząc, że wiekowy „Green Machine” osłabnie? A może wykonał lucky punch, jak niegdyś Kevin McBride przeciwko Żelaznemu Mike’owi? Jestem zdania, że to był kunszt bokserski. Zawsze gdzieś w głębi wierzyłem w zdolność układania taktyki przez naszego mistrza WBC.  Zwycięska minuta, była dokładnie tą,  w której wszystkie fora odbierały pas naszemu mistrzowi. Czyż, po takich salwach krytyki i perturbacjach życiowych, nie była to najlepsza chwila na odrodzenie?



sobota, 19 listopada 2011

fot: leniarski.blox.pl

Przez ostatnie dwa lata narzekaliśmy na brak meczów o punkty naszej reprezentacji. Zwracaliśmy uwagę, że towarzyskie mecze, jak np. te z Rumunią, Finlandią, Tajlandią, czy Litwą nie dają nam gwarancji gry na solidnym międzynarodowym poziomie. Nawet uznane firmy, reprezentujące poziom futbolu najbardziej estetyczny i gustowny, wysyłały w szranki z Polakami kadrę C, jak Argentyna, bądź reprezentację zdekompletowaną, jak Niemcy.

 

Ostatni sprawdzian z Włochami pokazał wyraźne braki wszystkich formacji kadry prowadzonej przez trenera Smudę. Co więcej- coraz częściej spoglądamy w kalendarz, nerwowo licząc dni, które pozostały do EURO. Polsko-Ukraińska impreza rozpocznie się za 202 dni. Na palcach jednej ręki można policzyć czas, w którym trener będzie miał okazję zredukować liczbę błędów i przygotować swoich podopiecznych na rywali silnych- najbardziej zbliżonych, do takich, którzy w czerwcu staną nam naprzeciw.

Terminy najbliższych meczów towarzyskich(16 grudzień, 29 luty) to daty tak odległe od siebie i tak dalekie od dnia dzisiejszego, że- pomni wcześniejszych doświadczeń z reprezentacją Rosji- nie powinniśmy zakładać, iż przeciwnikami będą silne zespoły Chorwacji i Portugalii.

 Okazji na konfrontację kadrowiczów z absolutną czołówką piłkarską musimy więc wypatrywać przede wszystkim w rozgrywkach klubowych. Być może będą ją mieli reprezentanci z warszawskiej Legii, którzy czekają na zakończenie fazy grupowej Ligi Europy i losowanie rywala do fazy pucharowej. Warszawska aktywność w Europie to także sposobność dla trenera, by przyjrzeć się zmaganiom Michała Żewłakowa, którego powrót, przy rozchwianej defensywie, mógłby być ciekawym rozwiązaniem.

Prawdziwym zaś weryfikatorem wartości naszych będzie dzisiejszy szlagier Bundesligi Bayern- Borussia. To spotkanie aktualnie pierwszej z drugą drużyną w tabeli. Dla naszych Roberta Lewandowskiego i Łukasza Piszczka nie będzie cenniejszej lekcji futbolu. Oglądać ich w konfrontacji  odpowiednio z  Van Buytenem i Badstuberem, oraz Riberym i Gomezem to tak, jakby zasiąść w czerwcu przed telewizorem na EURO. Kreowani na tych, którzy mają stworzyć różnicę, dziś dadzą nam, choć cząstkową odpowiedź, czy do zadania powierzonego dorośli. Szkoda że tylko we dwóch panie Klopp.



piątek, 04 listopada 2011

fot: Łukasz Grochala / CYFRASPORT / Źródło: NEWSPIX.PL

 

W czerwcu tego roku, wieńcząc koniec sezonu polskiej Ekstraklasy Robert Maaskant w tryumfalnej podróży piętrobusem ulicam Krakowa świętuje wraz z zespołem 13 Mistrzostwo Kraju.

W tym samym czasie Legia Warszawa prowadzona przez Macieja Skorżę zbiera lawinę krytyki za trzecie miejsce, 11 porażek w lidze i fatalną postawę zespołu. W Krakowie co rusz odbywają się konferencje prasowe, na których Holender snuje jakiego rywala chciałby wylosować na drodze do Champions League. Jednocześnie w Warszawie do roli następcy Skorży przygotowuje się  dogadany już z działaczami Vladimir Weiss.

 

23 maja Przegląd Sportowy tak oto pisze o przyjściu trenera reprezentacji Słowacji na Łazienkowską:

 

Obie strony są już dogadane, można podpisywać kontrakt. Jednak jak to często bywa, diabeł tkwi w szczegółach i właśnie dlatego dzisiaj dojdzie do spotkania Vladmira Weissa z Mariuszem Walterem, wiceprezydentem Grupy ITI, właściciela Legii Warszawa.

Wspomniane szczegóły, które pozostały do ustalenia, to zakres kompetencji nowego szkoleniowca stołecznej drużyny. Weiss pracując przy Łazienkowskiej chciałby zastosować model angielski, czyli być nie tylko trenerem, ale i menedżerem, odpowiadać nie tylko za wyniki drużyny, ale także za transfery.

Upokorzony Maciej Skorża zostaje zdopingowany do pakowania walizek za wcześnie. Działacze Legii nie mogą dojść do porozumienia ze Słowakiem, a z decyzji o pozostawieniu Skorży tłumaczy się wiceprezes Legii Leszek Miklas. Tak było wtedy- raptem pięć miesięcy temu…

 

Dziś widać, że decyzja o zatrzymaniu persony non grata przy Łazienkowskiej była strzałem w dziesiątkę, bądź chyba bardziej… szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Skorża pokazał, jak podnosić się z kolan. Nie gorzej udowadniał to nam jego zespół. Wprowadzenie do składu młodych, ale już zdolnych Polaków w osobach Michała Żyro i Rafała Wolskiego procentuje zarówno na szczeblu krajowym jak i międzynarodowym. Zestawienie ich z doświadczonym duetem serbskim Radovic-Ljuboja, oraz stabilną i równą defensywą dyrygowaną przez Michała Żewłakowa daje rewelacyjne efekty.

Zespół poukładany proporcjonalnie co do wieku, oraz narodowości tworzy zgrany kolektyw, o którego sile można było przekonać się już w sierpniowej konfrontacji ze Spartakiem Moskwa, a którego wartość rośnie z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć na sytuację w pierwszej linii, gdzie, gdy tylko wypadnie jakiś zawodnik, już czekają w kolejce na występy Choto, Rzeźniczak, Kiełbowicz czy Astiz.

Zmagam się w tej chwili z kłopotem bogactwa i niewykluczone, że piłkarze, którzy ostatnio są w niezłej dyspozycji, będą musieli znaleźć się poza osiemnastką

 To słowa trenera, potwierdzające urodzaj w obronie. Nawet w ataku, w przypadku wątpliwości co do zaangażowania Daniela Ljuboji, trener zawsze może sięgnąć po alternatywę rodem z Warszawy- Michała Kucharczyka.

 

O efekcie wprost odwrotnym może mówić Robert Maaskant. Dziś jego Wisła jest krytykowana za zbyt małą liczbę Polaków w składzie, brak przywiązania zawodników do barw, oraz fatalną defensywę. By nie być gołosłownym, dopisując się do tej krytyki, przytoczę kilka spostrzeżeń:

Do samego momentu potyczki z Fulham nie wiedzieliśmy kim może załatać dziury w formacji obronnej szkoleniowiec Białej Gwiazdy. Nawet  fatalna postawa Jaliensa i skłonności do łapania kartek Chaveza nie dają powodów trenerowi Maaskantowi do wystawiania młodego i perspektywicznego Michała Czekaja(2 mecze w Ekstraklasie, łącznie 91 minut), a prędzej do wymuszonego przesuwania Jovanovicia i Diaza do środka. Dość powiedzieć, że poza wymienionym Czekajem i Brudem w drużynie z Reymonta nie widać młodych polskich zawodników. W samej pierwszej jedenastce Legii aż roi się od nastolatków. Pod Wawelem zidentyfikowani z kibicami Patryk Małecki czy Rafał Boguski albo leczą kontuzje, albo siedzą na ławce ustępując miejsca zagranicznym induwiduom.

Warto zauważyć, że poza Juniorem Diazem ŻADEN z zawodników Białej Gwiazdy, którzy wystąpili przeciwko Fulham, nie spędził w klubie z Krakowa więcej niż dwóch lat. Jak zatem zapełnić 33 tysięczny stadion kibicami skoro nie mają oni poczucia że piłkarze zostawią na boisku ostatnią krew w imię sukcesu drużyny? O tym jak szalenie istotną jest to kwestią mogą świadczyć statystyki. W Warszawie, gdzie na boisko naprzeciw Rapidu Bukareszt wybiegło łącznie ośmiu Polaków, plus wieloletnio związany z Legią Miro Radovic pojawiło się 30 tys. ludzi. W Krakowie zaszczytu odbioru piłki rywalom z Odense dostąpiło dwóch Polaków. Ich wyczynom przyglądało się… 13 tys. ludzi. Wiemy zatem, że zapełnić stadion można. Znamy też przyczynę, dla której przy Reymonta takiego stanu rzeczy na razie nie uraczymy.

 

Skoro już zestawiłem stan posiadania naszych dwóch drużyn eksportowych, postanowiłem na koniec pokusić się o małe porównanie dla obu trenerów. Maciej Skorża jest jak Levante- rok temu wyśmiewany i poniżany, dziś zaskakująco zwycięski i ośmieszający rywali(czyt. Razvan Lucescu). Z kolei Robert Maaskant jest jak Leo Benhakker- też mówi o postępie w grze drużyny, a równie mizerne jak byłego selekcjonera naszej kadry są tego postępu efekty.



Zakładki:
Tagi