niedziela, 24 lutego 2013

Pytany przeze mnie kilkanaście dni temu o przebieg walki Gołota vs Saleta Dariusz Michalczewski odpowiadał z nieskrywaną nonszalancją w głosie, że będzie to festyn, ale festyn dwóch dobrze przygotowanych bokserów. I o ile z drugim stwierdzeniem możemy się zgodzić, o tyle to pierwsze, choć wydawało się głosem rozsądku, okazało się strzałem kulą w płot.

Końcówka trójmiejskiej gali stała się bowiem widowiskiem nietuzinkowym. Zaskoczeniem na plus 45- latków był niemal każdy aspekt, poczynając od mobilizacji sportowej, poprzez tempo wymian, kombinacje ciosów, na przygotowaniu fizycznym kończąc. Niemal, ponieważ znów zawiodła mityczna już w polskim boksie psychika Andrzeja Gołoty. Gdyby Endrju podczas liczenia wstał, stężenie dramaturgii biłoby na głowę każdą walkę wagi ciężkiej, którą udało się w kraju nad Wisłą na przestrzeni ostatniej dekady wyprodukować. I choć zabrakło oczekiwanego rozbratu Andrzeja z własnymi demonami(wcześniej padał podobnie z Grantem, Brewsterem i Tysonem), to po tak szokującym obrazie nie może zabraknąć wniosków.

 

Pierwszy? Wszyscy, którzy nie doceniali klasy sportowej Przemka Salety winni bić się w pierś i puszczać sobie jego pojedynek z Gołotą jako dowód na to, że można godnie kończyć karierę w kulminacyjnym jej momencie.  

 Drugi? Powinni wstydzić się promotorzy i organizatorzy gal w Polsce, których walki wieczoru  promują niby prospektów, a tak naprawdę napompowanych rekordami "mistrzów"(Andrzej Wawrzyk, Dawid Kostecki) pasków nieznanych, którzy biją kelnerów reklamowanych jako super przeciwnicy. W Gdańsku w wykonaniu Salety i Gołoty widzieliśmy prawdziwy sport, dramaturgię i serce, a nie kalkulację, biznes i wątpliwy poziom sportowy.

 Trzeci? Niech fani sportu pokażą mi człowieka znanego powszechnie na naszym polskim podwórku, który wykonał większy progres w tak późnym stadium swojej kariery niż Przemek Saleta? No słucham? Oglądałem dokładnie walki z McCallem, Luanem Krasniqi, czy te w formule MMA z Najmanem. W tamtych potyczkach Saleta nawet nie zbliżył się do klasy, przygotowania i umiejętności prezentowanych przeciwko Gołocie. Autentycznie nie widzę nikogo, kto na przekór upływającemu czasowi, mógłby szczycić się lepszym przykładem sportowego renesansu.

 

By nie piać z zachwytu nad zwycięzcą stawiam między nim a przegranym wspólny mianownik.  Wielka klasa pozaringowa Przemysława Salety i wciąż mimo upływu lat ogromny problem z psychiką Andrzeja Gołoty, nie powinny przechylać szali sympatii na stronę tego pierwszego. Warto jednak by zdeterminowały decyzje o końcu karier obu zasłużonych, ale wymagających już odpoczynku sportowców. Dla dobra ich samych.

 

Zakładki:
Tagi