Blog > Komentarze do wpisu

Nie tędy droga panie Wenger

foto: redlog.pl

Pisałem w zeszłym roku o moich refleksjach na temat ówczesnego meczu Barcelony z Arsenalem. W tegorocznej 1/8 finału scenariusz łudząco się powtarza. I choć wtedy rzuciłem tytuł "Młodzież wciąż dojrzewa" pastwiąc się nad szczeniackim futbolem londyńczyków, dziś zacznę Wengerem i na Wengerze skończę.

Tuż po rewanżowym meczu z Barcą boss z Emirates zapytany o refleksje na temat meczu powiedział:

Sedzia zabił fantastyczny mecz. Jeśli to byłby drugi, brutalny faul, to druga żółta kartka jest oczywista. Ale sposób w jaki sędzia wykluczył z gry naszego piłkarza jest zawstydzający. Jeśli kochasz futbol, jeśli grałeś na odpowiednio wysokim poziomie, ta decyzja jest niezrozumiała

 

Jeśli ktoś zabił fantastyczny mecz, to na pewno w większym stopniu podopieczni francuskiego szkoleniowca, niż Massimo Bussaca. Kanonierzy jako pierwsza drużyna w liczonej skrupulatnie od 2003 roku historii champions League nie oddali... żadnego strzału na bramke rywala! Jedyny na atakowaną przez nich bramkę, a pozwalający jeszcze liczyć się zawodnikom z Londynu w grze, oddał....zawodnik blaugrany- Sergio Busquets. Niestety szkoleniowiec The Gunners wespół ze swoim podopiecznym Samirem Nasrim fakty zostawili w domu. Pal licho, czy Van Persie słyszał gwizdek, czy nie. Swoją przydatność zespołowi pokazał marną bezbarwną pierwszą połową.

Nostradamusowska antycypacja ponosiła Francuza coraz bardziej:


Widziałem, że Barcelona dała z siebie wszystko w pierwszej połowie gdy zostaliśmy kompletnie zdominowani - z tym się zgadzam. Ale w drugiej połowie mieliśmy więcej miejsca i czułem, że mamy szansę wrócić do gry. Jestem przekonany, że wygralibyśmy mecz.

Trener Kanonierów zapomniał o nieuznanej bramce Messiego z pierwszego meczu. Świetnie wengerowskiej  idyllistycznej wizji drugiej połowy przeciwstawił się Pep Guardiola wytykając przeciwnikowi niemożność wyprowadzenia trzech podań.

Mógłbym się z Arsene'm założyć o wszystko, że meczu na Camp Nou by nie wygrał. Wenger nie wyciągnął wniosków z zeszłego roku. Tak teraz jak i wtedy pozbawił swojego zespołu tego, co najbardziej jego team kocha- ataku. Po półmetku zarówno rok temu jak i teraz, zadowolił się rezultatem korzystnym stawiajac autobus przed własną bramką, zapominając jednocześnie, że taki akurat sposób gry jego chłopcom wychodzi najgorzej. Efekt sami znacie.

Jeszcze tylko wypada słówko o wielkiej Barcie. Drużyny tak pięknie grającej, tak bajecznie czarującej, wreszcie tak regularnie wygrywającej w swoim życiu jeszcze nie widziałem. Byli rewelacyjni Galacticos, czarowali też niesamowicie nie dając siebie pokonac w Premiership chłopcy antybohatera mojego dzisjeszego wpisu, ale w tym wszystkim brakowało tego czegoś. Czegoś, co jest tak bajeczne, że tylko takim bliżej nieokreślonym zwrotem mogę tę grę nazwać.

 

PS: W zeszłym roku rewelacyjnie Arsenalowi ratował skórę Almunia. w tym roku szło mu podobnie. Czyżby miał patent na Barcelonę?

PS 2: Fabregas zagrał na zero. Szukając analogii, przypomnijcie sobie występ sprzed roku...


czwartek, 10 marca 2011, wierzycastg

Polecane wpisy